|
|
2012.01.03 00:06
...
|
od zawsze miałam sentyment do tego utworu... w ostatnie święta szczególnie...
~ Kolęda Dla Nieobecnych ~
A nadzieja znów wstąpi w nas
Nieobecnych pojawią się cienie
Uwierzymy kolejny raz
W jeszcze jedno Boże Narodzenie
I choć przygasł świąteczny gwar
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj
Wbrew tak zwanej ironii losu
Daj nam wiarę, że to ma sens
Że nie trzeba żałować przyjaciół
Że gdziekolwiek są dobrze im jest
Bo są z nami choć w innej postaci
I przekonaj, że tak ma być
Że po głosach tych wciąż drży powietrze
Że odeszli po to by żyć
I tym razem będą żyć wiecznie
Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole
A nadzieja znów wstąpi w nas
Nieobecnych pojawią się cienie
Uwierzymy kolejny raz
W jeszcze jedno Boże Narodzenie
I choć przygasł świąteczny gwar
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj
Wbrew tak zwanej ironii losu
Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole
sł. Sz. Mucha
muz. Z. Preisner |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2011.12.25 17:56
świątecznie?
|
z życzeniami najlepszymi dla wszystkich wytrwałych, wciąż zaglądających na zaniedbanego bloga...
oby się Wam i nam wiodło, oby wszyscy jak najdłużej nie doświadczali smutku pustego miejsca przy stole...
by marzenia się spełniały i robiły miejsce marzeniom kolejnym - by zawsze było o czym marzyć...
wrócę, obiecuję :)
dziś nie-zimowo pozdrawiam z naszych czterech ścian, wyjątkowo TE święta nie były wyjazdowe...
opiszę, na tyle na ile pozwolą emocje ten czas zaległy, pełen smutku dla nas...
obiecuję... |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2011.04.21 23:53
...
|
| popierdzieliło się wszystko... to niesprawiedliwe... |
|
mieli coś do powiedzenia:
4
|
|
2011.04.20 23:46
rozmowy, rozmowy
|
deja vu normalnie... rok temu w drugą stronę tylko wszystko było prowadzone. ja się zamartwiałam, a ślubny wspierał... teraz on cały zgaszony, rozbity... przy kolacji powiedział tylko, że nie sądził, że to mama będzie pierwsza... matko, jak to zabolało... nie chcę o jej chorobie myśleć w kategoriach śmierci. a jednocześnie wiem, że wszelkie objawy wskazują na szybki postęp choroby...
za kilka dni już tam będziemy. mam nadzieję, że będzie wiadomo więcej niż teraz... i że będzie można przestać się martwić... tak bym chciała... |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2011.04.19 23:49
ciemne chmury
|
znów ponuro się zrobiło nad naszą rodziną. znielubię chyba wiosnę, bo zeszłoroczna podobne emocje nam zafundowała...
chodzi o mamę ślubnego. wyniki wychodzą nieciekawe... jeszcze oficjalnie nikt nic nie mówi, ale pewne rzeczy stają się oczywiste...
proszę tylko o kciuki za jej zdrowie.
i o to, by możliwe było leczenie... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.04.18 23:33
franek
|
odebrałam dziś po południu gadziny. najpierw szuwara ze szkoły, potem elfa z przedszkola. dzionek zaskoczył słońcem i ciepłem, więc pozwoliłam wyszaleć się chłopakom na przedszkolnym placu zabaw.
w pewnym momencie podbiega do mnie elf i mówi
- a Tomek powiedział, że jak pająk cię UGRYŹNIE, to można od tego UMARNĄĆ...
- ale w Polsce nie żyją takie pająki... (tu musiał nastąpić wykład o tym co to i gdzie jest Polska, bo elfik nieco zdezorientowany spytał czy tu u nas to też jest Polska).
elf wyglądał na nieco uspokojonego, ale widać sprawa nie dawała mu spokoju. traf chciał, że od jakiegoś czasu w naszej łazience mieszka pająk. ot, zwykły nasosznik, ale dla mnie - typowego przedstawiciele arachnofoba - to paskudztwo. ale trzymam się dzielnie i udaję przed chłopakami, że wcale się nie boję. nie chcę ich zrażać... widać arachnofobię ma się w genach, bo elf też wyraźnie pająków się boi... w pierwszym odruchu, gdy go zobaczył po raz pierwszy, to zażądał zabicia go. tłumaczyliśmy, że nie zabijamy nikogo, zwłaszcza mniejszych od siebie... że taki mały pająk to się boi dużego elfa, a nie na odwrót... marny skutek to odnosiło...
dlatego dziś postanowiłam trochę temat dla niego oswoić. poszliśmy patrzeć na pająka, zaproponowałam, żeby nadać mu jakieś imię. stanęło na franku. zwykłego pająka można zabić, franek to jak członek rodziny. a jak członek rodziny - to nie ma się czego bać...
wszystko niby ok, ale prawdziwy spokój na twarzy dziecka zobaczyłam dopiero wtedy, gdy zaproponowałam, że wieczorem tata wyniesie go na dwór. wiosna już, ciepło, krzywda mu się nie stanie... elf ochoczo na to przystał. ja również poczułam ulgę...
i dlatego
oficjalna wersja brzmi - franek wyjechał do rodziny na wieś
a nie - poszedł się kąpać z rybkami w sedesie... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.04.17 23:23
nie-niedzielnie
|
niedzielność naszych niedziel poszła sobie gdzieś... sama nie wiem gdzie... nie chce mi się jej pilnować...
korzystam z okazji. odsypiam. odpoczywam. nie sprzątam. nie dbam o nastrój... nie było ciasta, nie było kawki.
jakieś wszystko rozlazłe w związku z tym się robi... nikt nie pilnuje chłopaków z rana... dziś zaliczyli ze trzy bójki zanim ślubny nie zdzierżył i jednak nie wstał do nich...
ja zwlekałam się z bolącym kręgosłupem (od czego?) równo o 12.12...
na zakupach spotkaliśmy znajomą... 'chore masz oczy" powiedziała... i wiem, że mam... że wyglądam na taką, którą powinien zająć się lekarz... a przecież biorę leki... staram się... paskudne choróbsko...
jak je przegonić? co z nim zrobić? za kilka dni wyjazd na święta... spotkanie z całą rodziną ślubnego... a ja wyglądam jak wyglądam. nieciekawie... a chciałabym błysnąć, pokazać się...
eee... do duszy wszystko...
|
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2011.04.16 23:45
dzień kolejny...
|
Dzień kolejny minął,
Dzień co nic nie przyniósł.
Jeszcze się nie skończył,
A już nowy wyrósł.
Tyle dni minęło, tyle marzeń,
Tyle ludzi przeszło, tyle zdarzeń,
Ile marzeń sennych się nie spełniło,
Tyle dobrych gwiazd ubyło.
uciekają dni między palcami, uciekają... niedosypiam, zmęczenie okołochorobowe wciąż daje znać o sobie. gdy nie muszę - nie robię nic. nic nie robię. robię nic... |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2011.04.15 21:58
koleje losu
|
z lekkim przerażeniem właśnie odkryliśmy ze ślubnym, że przyszedł taki okres w naszym życiu, że coraz więcej mamy powodów do zmartwień jeśli chodzi o rodziców... ledwo moja mama zakończyła walkę z nowotworem, to w szpitalu wylądował tato mój. z nadciśnieniem i nowym rozpoznaniem - cukrzyca. gdy i to się z lekka ustabilizowało i przywykliśmy do myśli o tacie i insulinie - to masz ci babo placek. mama ślubnego jest w szpitalu. i szukają co jest przyczyną, że źle się czuje...
przyznam się szczerze - zaczynam bać się. kilka dni temu, po pierwszej w nocy brzęknął nasz domowy telefon. raz i ktoś się rozłączył... do rana myślałam - co też się mogło stać... z dużym niepokojem myślałam...
strasznie mnie to dołuje... przecież oni powinni być wieczni. trwać przy nas, wspierać, pomagać. patrzeć jak rosną ich wnuki. i do jasnej anielki - nie chcę się o nich bać. tak egoistycznie nie chcę... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.04.14 23:31
drobiażdżki
|
takie małe nic. bez znaczenia. jadę na zakupy. wracam do domu, a wśród jogurtów i maseł chłopaki znajdują skarpety ze spidermanem. tak ot. bez powodu.
bez zapowiedzi, bez wcześniejszego "zasłużenia" obdarowujemy ich od czasu do czasu przyjemnostkami. bo tak fajnie patrzeć na ich uśmiechnięte mordki.
dużym powodzeniem u chłopaków cieszą się kanapki od zająca. to te kanapki, których ślubny nie zjadł w pracy i przywiózł do domu. z niewiadomego powodu - są najsmaczniejsze.
nazwa dla nich przywędrowała z mojego rodzinnego domu. pamiętam mamę wracającą po całym dniu ciężkiej, fizycznej pracy. taka stęskniona jej byłam wtedy. mama przytulała mnie, a potem z torby wyciągała kanapki. mówiła, że zając jej dał, spotkała go jak wracała do domu.
i pamiętam, naprawdę pamiętam, choć miałam mniej niż 4 lata, że były bardzo, bardzo smaczne. najsmaczniejsze. i bardzo czekałam potem na powrót mamy. bo tęskniłam. i dlatego, że przynosiła kanapki od zająca :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.04.13 21:35
już przywykłam :)
|
zachmurzone niebo. wiatr. pogoda raczej jesienna niż wiosenna. ale nie jest źle.
zbieramy się z szuwarem do szkoły. i co? wtedy rozpoczyna się ulewa... szybko po pieczywo, jakieś zakupy. wracam z elfem (chory, szczekający kaszel... ja się powieszę...) do domu. po chwili ulewa przechodzi... to staje się już normą. pada, gdy ja muszę wyjść... ktoś się uwziął na mnie czy co?
:) |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2011.04.12 22:52
coś za coś
|
w czasie wieczornej mojej pracy naszły mnie refleksje.
pracuję jak pracuję - trochę w domu przed kompem, większość zadań mam w terenie. dopilnować kogoś, czegoś. sprawdzić. roznieść do skrzynek wiadomości. powiesić ogłoszenia. spisać liczniki wody. zebrać podpisy pod uchwałami. to co mogę - robię zanim gadziny wrócą do domu. ale jest część takich moich obowiązków, które mogę wykonywać tylko późnym popołudniem i wieczorami - gdy ludzie już wrócą do mieszkań.
i wracają moje dzieci. i wraca mąż. a ja wychodzę. i wracam ledwo żywa wieczorem, gdy dzieci już śpią, a mąż szykuje się do spania.
i myślę sobie wtedy - coś za coś.
nasz spokój o opiekę, gdy któraś z gadzin zachoruje - ja jestem na posterunku, a szefową mam wyrozumiałą. obskakuję wszystkie imprezy w szkole i przedszkolu, bo nie muszę się specjalnie zwalniać. nie mamy popłochu w oczach, gdy ślubny musi zostać po godzinach, bo wiadomo, że zawsze jestem ja, żeby odebrać dzieci o odpowiedniej godzinie. nie tkwią nie wiadomo ile w świetlicy lub pustym przedszkolu...
a ceną za to są moje wieczory w pracy... na szczeście - rzadkie wieczory w pracy... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.04.11 23:50
dumna po raz kolejny
|
wróciłam dziś z kolejnej wywiadówki - teraz to się nazywa wywiady i odbywa się indywidualnie.
moje duże dziecko:
- nie ma ŻADNYCH problemów z nauką
- z matematyki jest rewelacyjny
- dobrze czyta
- rozumie zadania z treścią (i w ogóle - słucha i czyta ze zrozumieniem)
- nieco spadła mu staranność w pisaniu, ale poprawiła się jakość rysowania
- jest też dużo lepiej z zachowaniem - zwłaszcza w porównaniu do początku roku szkolnego. był moment, że zachowywał się jeszcze lepiej, ale już wprowadziliśmy środki zaradcze, by powrócić do stanu ucznia prawie doskonałego :)
no, dumna jestem. mam z czego :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
3
|
|
2011.04.10 23:25
dobrodziejstwo postępu technologicznego
|
odchorowuję. tak uczciwie - cały dzisiejszy dzień spędziłam w łóżku. nadal zresztą w nim tkwię. może to jest metoda na to moje choróbsko. to już 4 tydzień...
na pewno odpoczęłam. wyspałam się. obejrzałam filmy. poczytałam książkę. wszystko online. z kotem zwiniętym w kłębek na mojej pościeli. z poduszką pod plecami.
wiem, że jestem stara. należę do tego pokolenia, dla którego takie możliwości to wcale nie standard. a jako, że chora naprawdę jestem - pozwalam sobie na takie niewyszukane zachwyty nad codzienną normalnością... a co, wolno mi, nie?
|
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.04.09 23:49
komunikat
|
z powodu epidemii panującej wśród personelu - zawiesza się nadawania programu.
przepraszamy
redakcja
:) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.04.08 23:22
szantażysta
|
z rozmów z elfem
- jak mi nie pozwolisz/nie dasz/nie zrobisz/ czegoś tam - to się już nigdy do ciebie nie przytulę...
pod taką groźbą każdy by zmiękł. tylko nie wyrodni rodzice :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.04.07 23:01
...
|
już mam dość... nie cierpię tego przejściowego okresu. raz ciepło. raz zimno. raz ciepło, ale wiatr urywa głowy i porywa elfy. raz deszcz... a raz wiatr. urywający głowy... już pisałam? aaa... bo duży ten wiatr. jeden opis nie starczy.
a ja siedzę w rozgrzebanych ciuchach i przeglądam, decyduję... narażam się na awantury (ja nie będę mierzyć spodni, nienawidzę mierzyć spodni - by elf) i histerie (nie wyrzucaj moich rzeczy, ja je tak lubię, w czym ja będę chodził, nie będę miał się w co ubrać - również by elf), tudzież dorabiam się ziomala w chacie, który cały dzień chodzi w czapce z daszkiem w ulubionym kolorze czerwonym (by szuwar)...
jak się wygrzebię spod sterty - odezwę się znowu ;) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.04.06 23:42
wyrodność
|
elf miał wieczorem napad głodu. zjadł na kolację dwie duże kromki, kawałek jajka, duży plaster żółego sera, kawałek kiełbasy. odszedł od stołu i zakomunikował nam, że jeszcze by coś zjadł. zrezygnowana kazałam mu wziąć jeszcze chleba. tak naprawdę to sądziłam, że już nie jest głodny, ale kombinuje, żeby nie iść spać.
elf chleb wziął, a ponieważ nikt mu nie chciał posmarować - to zaczął jeść suchy... ślubny się potem ulitował i coś mu dorzucił do kanapki...
a ja się zastanawiam jak on to robi - TYLE je, a waga pokazuje 14 kg gdy dorzucić mu kamieni do kieszeni... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.04.05 23:21
krótko
|
krótko i asymetrycznie. to dziś usłyszała ode mnie fryzjerka. to były moje jedyne wymagania.
fryzjerka się nagimnastykowała, użyła wyobraźni i puściła wodze fantazji.
wróciłam do domu z nową fryzurą.
zrobiłam na niej pasemka.
potem wszystko ufarbowałam na czerwono.
wieczorem wrócił ślubny.
nowe fryzury gadów zauważył.
spojrzał na mnie...
spojrzał...
- też byłaś u fryzjera?
taa... może maskę przeciwgazową założę, to zauważy różnicę... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.04.04 23:21
przyjdzie - nie przyjdzie
|
wiosna zalotnica w niepewności nas trzyma, by nadejście swoje jeszcze bardziej wyczekanym uczynić. kokietka z niej - poświeciła słońcem, zachęciła i bach! wskoczyła za deszczowe chmury.
a ja siedzę w rozterce - podjąć się najbardziej znienawidzonej czynności okołodzieciowej czyli przeglądu ich ubrań czy może uda mi się to jeszcze odwlec w czasie.
dziś wrzuciłam do pralki wszystkie szale, szaliki, czapki i czapeczki, rękawiczki nie do pary. jutro dorzucę chłopców kurtki i wypiorę. buty już przejrzałam. to znaczy chłopców buty. ja i tak w jednej parze biegam...
nie-na-wi-dzę tego robić. nic na to nie poradzę... na samą myśl mnie otrząsa... ale potwory powyrastały... przeglądu nie uniknę. ani nie zwalę na nikogo innego... a tutaj - co ciuch to decyzja. a wiadomo jak to u mnie z decyzyjnością... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.04.03 23:04
czas na...
|
...planowanie wakacji. a w właściwie to już nawet ciut za późno.
ale jest problem.
ślubny jeszcze nie wie KIEDY będzie mógł wziąć urlop. bo... nie wiadomo jeszcze jak będzie u nich w pracy z audytami, badaniami biegłości i sama nie wiem czym jeszcze.
i w sumie możemy planować. dla samego planowania.
ciągnie nas w Bieszczady. przegonić gady, pokazać im ukochane zakątki. schronisko - tak ważne dla nas i takie nasze. zabrać na spacer po połoninach, pokazać wspaniały krajobraz rozciągający się wokół - góry, góry, góry, aż po widnokrąg... sprawić, by poczuły tę cudowną wolność. by odkryły zmęczenie tak wielkie, że tchu w piersi brak, a jednocześnie daje energię, by iść dalej... by poznały jak to jest, gdy pada się na szczycie bez życia, czując pulsowanie krwi na skroniach...
wiąże się to z tym, że trzeba by zabrać dzieciaki pod namiot, pokazać im jak wygląda biwakowe życie. to dzieci luksusu. wszędzie autem. wszędzie z wygodami - pełne sanitariaty, dostęp do kuchni... nie wiedzą czym są wakacje z całym dobytkiem na plecach...
czy to nie za wcześnie dla nich? sama nie wiem...
i jeszcze jedna wątpliwość się pojawia... czy MY damy radę??? |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.04.02 22:54
znów przegapię
|
znów przegapię nadejście wiosny.
za oknem coraz cieplej. mimo nieśmiałości słońca, chowającego się za chmurami, termometr pokazuje coraz wyższą temperaturę. zarówno w ciągu dnia, jak i nocy.
jeszcze kilka dni temu poranki witały mnie mroźnym pięknem oszronionej trawy i koniecznością skrobania szyb w aucie. teraz nie wstrząsają mną dreszcze, gdy rano wietrzę pokoje.
coraz śmielej można pomyśleć o zrzuceniu czapek, szalików, zmianie kurtek na lżejsze.
a ja utknęłam w domu. zeszłotygodniowe zignorowanie zaleceń lekarki co do "wyleżenia" choroby nie skończyło się dla mnie dobrze. teraz, gdy mam mocne postanowienie poprawy - pogoda płata mi temperaturowego psikusa i w pełni panoszy się wiosna. i jak to znieść? jakieś sposoby na mega szybkie ozdrowienie? ja już straciłam nadzieję... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.04.01 22:38
ustępstwa
|
najgorzej jak trafi się dwójka chorych w rodzinie. jedno kaszle, drugie skarży się na łamanie w kościach. oboje osłabieni, bez energii. a tu dzieci do szkoły, przedszkola trzeba odwieźć. zakupy zrobić. ogarnąć w domu co nieco. dzieci ze szkoły, przedszkola odebrać. ugotować bądź zamówić obiad. pojechać na prześwietlenie płuc. wykupić lekarstwa w aptece. dostarczyć dzieci na zajęcia dodatkowe.
ot, taka codzienność. która codziennością być przestaje, gdy trzeba zdecydować, KTO się daną rzeczą zajmie i KTO w danym momencie czuje się gorzej. próba sił. i chyba miłości. kto komu bardziej... ustąpi? pomoże? kto o kogo się zatroszczy...
ciągle jesteśmy w remisie, co chyba jest bardzo pocieszające, zwłaszcza gdy spojrzy się na nasz staż... w tym roku osiemnastka :)
mam już dość chorowania. i przyznam się, że TAK długie chorowanie daje mi bodziec, by w końcu wybrać się na onkologię na badania kontrolne, bo zaniedbałam się w tym temacie... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.31 19:12
psiejsko - czarodziejsko
|
dzieci moje były dziś na ostatnich (niestety) zajęciach KUKABURY - fantastycznych warsztatach pedagogicznych prowadzonych przez sympatyczną panią Olę.
na pożegnanie z dziećmi pani Ola dała każdemu uczestnikowi "magiczną" kredkę - z wielokolorowym wkładem rysującym - ze słowami, że jest czarodziejska.
elf spytał co można z nią robić. w żartobliwym tonie powiedziałam, że można czarować - na poparcie słów użyłam ołówka jak różdżki.
po powrocie do domu oba potwory pobiegły do biurka, by wpróbować prezenty.
po dłuższej chwili słyszymy skargę elfa
- a ona miała być magiczna, a to ja narysowałem, a nie ona wyczarowała...
no tak... bubel jakiś... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.30 21:53
...
|
po nieprzespanej nocy (kaszel, kaszel, kaszel), ciężkim dniu, który nie pozwolił na "wyleżenie" choróbska (bieganie pracowe, odwożenie gadzin, odbieranie ślubnego z pracy) - uśmiecham się śpiąco znad klawiatury.
błoga myśl o tym, że łyknę za chwilę jakiś acodin lub coś w tym stylu i pójdę spać - rozleniwia mnie jeszcze bardziej...
ślubny dołącza jutro do mnie w chorowaniu (nie ma to jak kolektywne działanie).
dzieci o dziwo trzymają się mocno i ktoś będzie rano musiał je odwieźć.
chyba będziemy rzucać monetą...
odpływam...
kot co prawda jeszcze mnie molestuje o nakarmienie go, ale może uda się go zignorować?
żartuję, idę go karmić... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.29 23:52
popłoch
|
znamienny znak czasu. wpadamy w panikę, gdy tracimy dostęp do najnowszych technologii. brak łącza do internetu z powodu chwilowej awarii przeraża chyba bardziej niż kilkugodzinna przerwa w dostawie wody 8-)
internet odzyskałam - mogę iść spać spokojnie.
dobranoc ;-) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.28 22:19
tulipaniście
|
przytachałam dziś wiosnę do domu.
na przekór drugiemu antybiotykowi.
na przekór męczącemu kaszlowi.
na przekór szybom w aucie, które rano musiałam skrobać...
wzięłam za łeb i przytargałam :)
kupiłam, ot tak - bez powodu, wielki bukiet tulipanów. choć nie. powód był. a nawet dwa. a może trzy...
po pierwsze - chciałam
po drugie - były ładne
po trzecie - były tanie :)
cieszą teraz oko rozwijając się w wazonie. pełne, pomarańczowo -słoneczne... postrzępione... jak wiosna roztrzepane. |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.27 19:29
:(
|
rozłożyło mnie kompletnie. kończę brać antybiotyk, a czuję się gorzej niż wtedy, gdy zaczynałam go brać. w dodatku samopoczucie przy ciągłym kaszlu (aż do wymiotów) tak mi spadło, że praktycznie zdiagnozowałam już u siebie zapalenie płuc, gruźlicę i galopujące suchoty.
idę się leczyć.
z hipochondrii. |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.26 23:17
starego kina czar
|
pamiętam jeszcze z dzieciństwa niedzielne przedpołudnia, kiedy to publiczna telewizja uraczała widzów filmami ze starego kina. przedwojenni aktorzy, czarno-biała klisza (co prawda telewizor również był czarno-biały, ale różnicę było widać) i ten niepowtarzalny klimat...
dziś ze zdziwieniem uzmysłowiłam sobie, że zaczynam do starego kina zaliczać takie filmy jak "Pretty woman", "Nothing Hill", "Cztery wesela i pogrzeb" czy nawet "Amelię". może to dlatego, że za każdym razem oglądam je z takim samym zapałem jak za pierwszym razem. a może dlatego, że są takie uniwersalne w fabule, ponadczasowe...
ale wracam do tych filmów z taką samą nostalgią z jaką oglądałam w dzieciństwie przedwojenne komedie... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.25 15:43
rutynowo
|
spostrzeżenie w czasie oglądania wczoraj filmu poczyniłam. gdy z ekranu płyną słowa "to będzie rutynowa kontrola/rutynowe badanie/rutynowe cośtam" to zaczynam podświadomie oczekiwać wywrócenia akcji filmu do góry nogami. już słyszę muzykę pełną napięcia. już sposób filmowania się zmienia, kadry stają się niepokojące... i oczywiście. staje się tak jak oczekiwałam. wielkie buuum. albo lekarz mówi "to rak". albo rutynowe cośtam zamienia się w bardzo nierutynowe też cośtam.
a ja bym chciała takiej nierutynowej koncepcji filmowej. padają znamienne słowa. muzyka pełna napięcia. ciasne, niepokojące kadry. i... nie dzieje się nic. rutynowe badania są tylko rutynowymi badaniami. rutynowa akcja nie kończy się wybuchem bomby. nic, po prostu nic. akcja płynie dalej.
a potem wielkie bum. bez żadnej zapowiedzi. bez cienia sugerowania, że może właśnie wtedy się zdarzyć.
ktoś zna taki film? lubię być zaskakiwana. 8-) |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2011.03.24 22:50
i wszystko rozbija się o kasę
|
i tym razem nie moją. była sobie fajna fundacja. i miała taką fajną placówkę dla dzieciaków. zajęcia z logopedii, terapia pedagogiczna, psychologiczna, zajęcia plastyczne.
i za tydzień już koniec, potem nic. straszna szkoda - potwory uwielbiały tam chodzić. a zajęcia na Kukaburze bardzo pomogły nam i szuwarowi (szuwarowi zwłaszcza) w poradzeniu sobie z jego nadaktywnością i nadpobudliwością...
szkoda, wielka szkoda... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.23 20:45
kamienicznicy
|
odwiedziła nas dziś sąsiadka z półtorarocznym synem. młody wszędzie próbował zajrzeć, wszystko chciał otwierać i najchętniej - wywaliłby całą zawartość szuflad na podłogę. jego mama cały czas tkwiła koło niego i udaremniała jego odkrywcze plany.
- widzisz, ciocia nie ma już mieszkania dla małych dzieci - powiedziałam do młodego, w sensie, że już nie jest dostosowane.
po chwili przybiegł elf i pyta
- a gdzie macie to mieszkanie?
- jakie mieszkanie?
- no, to dla dzieci. co z nim zrobiliście?
mhm... co my z nim zrobiliśmy? przemeblowaliśmy?
:) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.22 21:48
głaski
|
jestem mamą dziecka z problemami wychowawczymi. oprócz typowych zmartwień, zgryzot i problemów – odkrywam w tej sytuacji inne, nieco bardziej pozytywne strony.
przede wszystkim uczę się. samej siebie, swoich reakcji. panowania nad swoimi emocjami, innego wyrażania złości niż typowy krzyk. a przede wszystkim – przypominam sobie całą mądrą teorię, którą poznałam na studiach, a która dotyczyła kar i nagród.
niestety – to bardzo prawdziwi – łatwo nam przychodzi krytykowanie, zwracanie uwagi, karanie i wytykanie błędów. w sytuacji, gdy ktoś zachowuje się „normalnie” – to znaczy nie zrobił nic szczególnie pozytywnego, ale również nagannego – nawet nie przyjdzie nam do głowy, żeby wyrazić pochwałę, nagrodzić. a w sumie z takich „normalnych” sytuacji składa się większość naszego życia i z pewnością każdy z nas życzyłby sobie, żeby taka normalność trwała jak najdłużej. zresztą pomyślcie – jak rzadko prawimy innym komplementy. a przecież to nie boli. i nic nie kosztuje, prawda?
dziś taka normalność przytrafiła się szuwarowi. było… normalnie. bez awantur. bez krzyków i histerii. bez nieposłuszeństwa. po prostu – dzień jaki każdy z rodziców chciałby powtarzać w nieskończoność – żadnych problemów w szkole, konfliktów z bratem, posłuszne wykonywanie próśb.
i aby utrwalić w łebku mojego syna, że warto – zrobiłam mu wieczorem niespodziankę. ścielenie sofki do spania to jego obowiązek, którego nie lubi. i dlatego zrobiłam dziś to za niego. w nagrodę.
i powiem wam – jego mina i łzy wzruszenia w oczach, gdy odkrył niespodziankę – bezcenne. oczywiście – powiedziałam mu skąd ten prezent. przytulił się tylko mocno i nic nie powiedział. mam nadzieję, że będę miała okazję robić mu częściej takie podarunki.
ps. moja wykładowczyni od psychologii mawiała, że głaski to sygnały zainteresowania, dzięki którym czujemy się dostrzeżeni. darowujmy innym nasze głaski. to takie proste.
;) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.21 22:34
przewrotność
|
jest jakaś reguła w tym, że im gorzej się czuję ja lub dzieciaki i im bardziej potrzebne byłoby mi siedzenie w domu - tym więcej zajęć w terenie znajduje mi moja szefowa. dziś zabezpieczałam miejsca parkingowe, mierzyłam plamy piaskowe na placu zabaw i skakałam po dachach, a jutro muszę pomierzyć bramę, inne dwie piaskownice na całkiem innym placu zabaw oraz muszę dopilnować montażu latarni na parkingu i policzyć drzewka i krzewy na terenie zielonym...
a lekarka na mój uroczy kaszel przypisała mi antybiotyk...
dobrze, że pogoda zgodna jest z kalendarzem i faktycznie już czuć wiosnę w powietrzu...
potwory z tej okazji rozpoczęły sezon rowerowy. |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.20 22:33
zakalec
|
gości dziś mieliśmy zapowiedzianych i chciałam przyjąć ich przepyszną babką czekoladową.
i przyjęłam - babką z paskudnym zakalcem... dobrze, że goście bliscy nam, ale i tak uczucie żalu zostało... taka fajna babeczka do tej pory mi wychodziła, a dziś - wzorcowy wręcz zakalec... ponoć tak zawsze jest, gdy człowiek się spina, ale ja właśnie na luzie, bez spinania...
do duszy to wszystko... idę dalej się kurować, bo może tu tkwi przyczyna... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.19 23:20
angielski po elfiemu
|
jest sobie bardzo fajna piosneczka, której elfik nauczył się na angielskim w przedszkolu
Everybody in. Everybody out.
Everybody turn around. Everybody shout. Hey!
Everybody ready. Here we go.
Let's do the Pinocchio.
w wykonaniu elfa brzmi mniej więcej tak:
ewryAdy yn, ewryAdy ałt
ewryAdy elelał, ewryAdy sałt. EJ!
ewryAdy ledi łilwijoł
let DŁUGI PINOKIJO
przy próbie poprawienia - wykłóca się z nami z całych sił.
choć z drugiej strony - pinokio jest posiadaczem długiego nosa? jest. więc o co chodzi??
:) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.18 23:43
wieści z frontu
|
żyję, ale co to za życie... cały dzień z paskudnym kaszlem. dobrze, że chłopakom zrobiłam dziś to wolne i nie musiałam wychodzić z domu... łykam mukolityki, ale wcale nie czuję się lepiej... jak do poniedziałku mi nie przejdzie - to będę musiała się w końcu wybrać do lekarza...
ale wykorzystałam dzień z chłopakami na zrobienie małej sesji zdjęciowej - zaniedbałam ich ostatnio w tej dziedzinie i dziś nadrabiałam zaległości.
wyszło tak jak zwykle - miałam pomysł na fajne ujęcia, w praktyce wyszły one brzydko, ale przy okazji udało się ustrzelić kilka takich fajnych nieplanowanych...
czyli norma w zasadzie.
w dodatku potwory wykazały się wyjątkową łaskawością dla rodzicielki z aparatem i pozowały. SZOK.
i współpracowały ze mną i ze sobą. SZOK.
to się nie zdarza :)
efekty można zobaczyć na blogu zdjęciowym - linka doczepiona do aparatu z boku :)
a potem jeszcze odwiedziliśmy sąsiadów - nasi synowie na zaproszenie ich syna, a my na doczepkę i na krzywego ryja na kawę :) sympatyczne pogaduszki - a to o szkole, a to o piecach gazowych, a to o oszczędzaniu prądu i wody... ot, taka sąsiedzka codzienność.
a co robiły w tym czasie dzieci, sztuk trzy?
do małej, zabawkowej betoniarki wrzucili klocki, jakieś figurki, chrupki kukurydziane, wcisnęli maść z cynkiem i zalali wszystko wodą. w ilości kilka razy przekraczającej objętość betoniarki... :-/
- zrobiliśmy miksturę - ogłosili dumnie 5, 8 i 9-latek...
opadło nam wszystko.
na następny tydzień umówieni jesteśmy u nas.
do tego czasu musimy założyć monitoring w pokoju chłopaków... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.17 23:43
:(
|
rozłożyło mnie kompletnie. piszę tę notkę i co chwila muszę przerywać - mam tak duże ataki kaszlu... chyba załatwiłam sobie oskrzela...
dobrze, że jutro chłopaki zostają w domu... mam +10 do wyrodności - już im zrobiłam kanapki na rano, żeby mnie nie budzili. szuwar potrafi je podgrzać w mikrofali, zapuszczą sobie bajki w tv i jeśli tylko nie rozpoczną kłótni o wybór kanału na kablówce - powinno mi się udać pospać...
czego sobie bardzo życzę ;) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.16 21:48
niespodziankowo
|
wczoraj mój własny, osobisty i swoją drogą ukochany brat popsuł mi szyki. szykowałam się na zrobienie niespodzianki dla ślubnego - chciałam dorzucić mu do prezentu urodzinowego mały bonus.
a tu wredny brat dzwoni wieczorem, prosi do telefonu mojego męża i proponuje mu to, co ja chciałam oferować mu z zaskoczenia :)
znalazłam w necie propozycję na spędzenie 5 godzin na poligonie z replikami broni... to zdecydowanie jest to, co takie tygryski jak ślubny lubią najbardziej.
no, ale przynajmniej będzie miał towarzystwo - jak już się tam wybiorą, to poproszę ślubnego, żeby "podziękował" w moim imieniu swojemu szwagrowi za zepsucie niespodzianki 8-)
tak, wiem, że jestem wredna - to u nas rodzinne ;-) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.15 23:57
o elfie kolejnych słów kilka
|
młodsza młodzież w naszym domu charakteryzuje się nadzwyczaj dobrą pamięcią. pamięta różne szczególiki, drobiazgi. i przypomina sobie zazwyczaj o różnych sprawach w chwilach niekoniecznie dla nas wygodnych.
- przecież mówiłaś, że będę mógł zagrać na twoim telefonie później, a już jest później – jęczy elf akurat wtedy, gdy przez rzeczony telefon właśnie rozmawiam. najczęściej w sprawach służbowych ;)
czasem również przypomina nam o pewnych sprawach, ustaleniach, zasadach, co do których nie wiedzieliśmy, że stały się zasadami lub nie wiedzieliśmy, że właśnie je łamiemy.
- przecież mówiliście, że nie wolno w trakcie posiłku oglądać bajek – marudzi elf, gdy ślubny włącza telewizor w trakcie kolacji tylko na chwilę, by zerknąć na prognozę pogody…
najbardziej jednak rozwalają nas momenty, gdy elf powołuje się na jednorazowe zdarzenie z przeszłości, usiłując zrobić z niego regułę
- przecież ZAWSZE mi słodziliście to lekarstwo i wtedy było lepsze – z wyrzutem rzekł dziś maruda pijąc rozpuszczalne witaminy, które kiedyś RAZ ślubny mu posłodził…
kim zostanie? prawnikiem? wyszukiwanie precedensów dobrze mu idzie 8-)
|
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.14 21:27
odszczekuję
|
psioczyłam, psioczyłam - nawet w gronie innych rodziców psioczyłam - na lektury szkolne szuwara. bo teraz na tapecie jest o wojtku, co to strażakiem bardzo chciał być... jak widziałam tę poezję czynu pracy, te wersy o tym, jak to wojtka nie cieszy już książka ani zeszyt, to mi się żal mojego dziecka robiło, że musi takie ramoty czytać.
a tu się okazało, że dziecko starsze nader chętnie przeczytało. w pełni samodzielnie. i ze zrozumieniem. i radośnie wykrzyknęło - jaka to wspaniała książka mamo - i nie było w tej wypowiedzi ani krzty ironii czy sarkazmu :)
jeszcze się pewnie nie raz zdziwię, ale na razie odszczekuję moje psioczenie... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.13 21:26
gdy dzień na kacu...
|
popełniłam wczoraj o jeden drink za daleko w ramach znieczulania. w związku z tym profilktycznie spałam z miską w objęciach, a poranek powitałam w towarzystwie zarąbistego bólu głowy...
w ramach odkacowywania się upiekłam ciasto, ugotowałam obiad, zrobiłam pranie, pograłam z gadami w planszówki i po raz drugi upiekłam takie samo ciasto, bo ślubny jutro urodziny ma i do pracy chce zanieść...
silna byłam i nie uległam przeogromnej ochocie walnięcia się do łóżka i odseparowania się od świata na kilka godzin.
wszystko wskazuje na to, że nie powinnam mieć wieczorem żadnych problemów z zasypianiem, jak to się działo ostatnio. choć nie jestem przekonana, że to najlepsze lekarstwo 8-) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.12 22:16
ufff... co za dzień...
|
dzień dzisiaj miałam roboczy. ale pomyślałam - a co tam, szybko dam radę, ślubny z potworami zostanie, to jeszcze przy okazji zakupy machnę... taka dobra chciałam być...
część pracy, zakupy jedne, zakupy drugie... w końcu zakupy trzecie (w tym zakupy do pracy) w dużym supermarkecie. zadowolona wypakowałam towary przy kasie, ludzi mało, więc myślę sobie, że skończę nawet szybciej niż myślałam...
a tu zonk... chcę płacić - nie mam karty... na spokojnie, jeszcze raz - szukam w portfelu, w plecaczku, w kieszeniach... nie ma... przepraszam panią i biegnę do samochodu, bo może z zakupami jest... nie ma...
spociłam się cała ze stresu... pociechą było to, że karta mogła zostać w poprzednim sklepie u kasjerki... drugą pociechą było to, że zakupy rozbiłam na te pracowe i za te zapłaciłam gotówką, a domowe zostały odłożone na bok...
wróciłam do wcześniejszego sklepu - ufff... karta na mnie czekała. na wszelki wypadek unieważniłam ją jednak.
i tak czy siak - ślubny musiał pojechać ze mną na zakupy. ktoś musiał za nie zapłacić, nie?
idę się znieczulić po całym dniu... mam dość... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.11 20:27
o edukacji inaczej - chilli opadają ręce...
|
najpierw szuwar przyniósł ze szkoły jakże wdzięczne przekleństwo "fakjuuu". ściśle rzecz biorąc - ze świetlicy.
wytłumaczyłam niestosowność używania tego zwrotu i miałam nadzieję, że temat zamknięty.
kilka dni temu szuwar uświadomił elfa w zakresie używania "fakjuuu" w sposób manualny - pokazał dokładnie, którego palca należy użyć, wytłumaczył jaki zwrot werbalny jest stosowany razem z gestem (zarówno po polsku jak i angielsku) i próbował jeszcze uświadomić go w paru innych kwestiach, ale w porę zainterweniowałam.
urządziłam znów pogadankę, uprzedziłam o ewentualnych konsekwencjach - między innymi o ryzyku obicia przez bardziej krewkich kolegów - i znów miałam nadzieję, że temat zamknięty... naiwna...
kto zgadnie za co dziś szuwar przyniósł uwagę ze szkoły? ktoś chętny? tak, pani w trzecim rzędzie?
brawo dla pani - oczywiście, że za pokazanie pani środkowego palca...
i co z gałganem zrobić? cały tydzień uśmiechniętych buziek za lekcje i jedna negatywna za dzisiejszy gest na przerwie...
gdy szuwar chodził jeszcze na SI ucinałam sobie pogawędki z rehabilitantkę, której syn chodził do tej samej szkoły, do której chodzi obecnie szuwar. opowiadała o "kwiatkach" które znosił jej do domu. gdy był w I klasie dopytywał o pedały i lesby (zachowuję oryginalne słownictwo). w klasie II musiała mu tłumaczyć, że bycie prawiczkiem to nie powód do wstydu (przypominam - mowa o dziewięciolatku)... wtedy traktowałam to trochę jak folklor - ot, taki koloryt szkoły... teraz spoglądam na nadprogramową edukację mojego syna odrobinę inaczej...
cóż... zostają nam rozmowy, rozmowy, rozmowy... a jak się te znudzą to zawsze są jeszcze ...rozmowy 8-) |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2011.03.10 19:20
rządzę się
|
mam naturę kontrolera. lubię nie tylko wiedzieć co się dzieje wokół mnie, ale również mieć wpływ na to jakie decyzje są podejmowane i dlaczego takie.
z tego powodu prawie zostałam członkiem zarządu naszej wspólnoty (ostatecznie został nim ślubny, bo ja byłam w ciąży z elfem i zdawałam sobie sprawę z mojej małej dyspozycyjności). ale w końcu tak czy inaczej mam wpływ na pewne sprawy, nie? 8-)
dlatego też na zebraniach zarówno w szkole jak i przedszkolu pierwsza wyskakuję z ręką do góry, gdy pada pytanie czy ktoś jest chętny do rady rodziców. czym zyskuję sobie dodatkowo dozgonną wdzięczność pań, które nie muszę zmuszać kogoś innego do objęcia tej funkcji.
jakiś czas temu byłam na zebraniu rady rodziców w szkole (i dumna jestem z siebie, bo nabieram coraz większej śmiałości do wystąpień publicznych, z którymi ZAWSZE miałam problem).
a dziś byłam na podobnym zebraniu w przedszkolu. i przyznam, że te przedszkolne zebrania lubię bardziej - zawsze przy kawie i ciastkach, w fajnej, przyjaznej atmosferze, wśród ludzi, którzy naprawdę chcą coś zrobić dla przedszkola i przedszkolaków.
poza tym - fajny pretekst do tego, żeby wyjść bezkarnie z domu i pozostawić ślubnego na pastwę gadów.
ps. za szuwara należy trzymać kciuki - jeśli jutro będzie miał dzień z samymi uśmiechami w szkole - to będzie to już 3 taki tydzień... kto by pomyślał, że da radę? :)
|
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.09 23:55
ilość dziecka w dziecku
|
samotność elfa w czasie, gdy jest chory, a szuwar odbywa obowiązki szkolne, zaowocowała powrotem do typowo dziecięcych fascynacji.
przy starszym bracie młody wciąż jęczy o ben10 lub bakugany (choć obaj mają szlaban na to paskudztwo).
gdy został sam w domu, to okazało się, że zachwycają go piosenki z kubusia puchatka oraz miś i margolcia. że fajnie jest się pobawić klockami duplo. normalnie - taki dziecięcy się zrobił...
żeby za słodko nie było - gdy wraca szuwar wstępuje w niego jakaś furia i focha za fochem strzela... pogryźć go wtedy to mało... wrrr... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.08 19:08
kumulacja
|
dzień kobiet, ostatki (lub po poznańsku - podkoziołek) - ależ się nagromadzenie okazji do świętowania zebrało.
w związku z tym zakupiłam pączki, jakieś ciasto i świętujemy na całego. ślubny do wieczora w pracy, elfik chory, szuwara przyprowadziła ze szkoły sąsiadka (dzięki ci losie za dobrych sąsiadów). na mnie spadły wszystkie domowe obowiązki (no, w końcu obchodzimy dzień kobiet - nie?) i w świetle tego wszystkiego nawet nie chciało mi się kawy dla siebie samej zrobić...
o... i takie to świętowanie...
|
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.07 23:30
jestem dumną mamą
|
zdolnego pierwszoklasisty. wróciłam dziś ze szkoły uskrzydlona - nauka bez zarzutu, zachowanie - coraz lepsze. oby chciało mu się to utrzymać.
na razie jest na etapie adorowania pani i może stąd jego grzeczność... 8-) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.06 23:11
i nas dopadło
|
niedzielność niedzieli została zakłócona już o poranku, gdy elf przydreptał do naszego łóżka z niepokojąco rozpalonym czołem... później juz tylko wszystko kręciło się wokół wzrostów i spadków. jak na giełdzie normalnie.
szuwar wraz ze mną koncertowo kaszle, czekać tylko rozłożenia się ślunego i będziemy mieć zgrabny komplecik...
z rzeczy pozytywnych natomiast - spieszę donieść, że szuwar wreszcie nareszcie dokończył archaiczną lekturę o Jacku, Wacku i Pankracku. rzutem na taśmę jutro rozpoczniemy samodzielne czytanie Mikołajka - może wreszcie załapie, że to przyjemność, a nie najsroższa kara. |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.05 23:37
to za prosiaczka
|
przy śniadaniu
kupiłam jakiś czas temu pasztet - w opakowaniu, na którym narysowany jest kubuś puchatek. elfik pyta dziś co to jest
- pasztet - odpowiada ślubny
- pasztet - dziwi się elfik, bo do tej pory jadał inny
- tak, z prosiaczka - dopowiadam szeptem, nie mogąc się powstrzymać 8-) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.04 23:51
prorok jakiś czy co?
|
odbieram elfa z przedszkola. poganiam go, bo musimy podejść jeszcze po szuwara do szkoły. kończy o 16.30 i nie chcę, by zdenerwowany stał pod szkołą.
idziemy już z elfem w stronę szkoły i mały pyta czy dużo czasu nam jeszcze zostało?
- nie wiem - odpowiadam, bo zagarka nie noszę, a komórka tkwiła w plecaku i nie chciało mi się jej wyciągać.
- moja głowa mówi mi, że jeszcze 6 minut - mówi zakręcone dziecię.
z ciekawości sprawdzam - godzina na wyświetlaczu to 16.24...
następnym razem spytam go o numery do totka 8-) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.03 23:29
:(
|
zaczynam chyba wpadać w depresję zimową.
nic mi się nie chce.
wszystko jest do bani i wymaga za dużo wysiłku.
lista spraw do zrobienia z dnia na dzień się wydłuża...
chyba zaplanuję wizytę u psychiatry i wyłudzę od niego receptę.
a potem będę wykrzykiwać Vive la Prosac! Vive le Rellanium!!
8-) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.02 23:54
kaprysy pogody
|
w dzień na plusie. noc - mroźna jak diabli... chwila... mroźna jak wnętrze zamrażarki.
śnieg topi się, na butach do domu wnosimy całe błoto z okolicy. na dachach śnieżna czapka robi się coraz cięższa poprzez odmrażanie i zamrażanie - a nawisy stają się coraz bardziej niebezpieczne (parkowanie przy samej ścianie budynku to czysta głupota - spadający śnieg z wysokości IV piętra bez problemu rozbija szybę w aucie).
nie wiadomo jak poubierać gady, zwłaszcza, że szuwar nie ma w szkole zmienianego obuwia...
niechże się zdecyduje ta aura - zima jeszcze na fest czy już przedwiośnie (z błyskawicznym przeskokiem do lata od razu najchętniej)... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.03.01 23:08
rekrutacja i reforma
|
czas rekrutacji do przedszkoli właśnie się rozpoczął. w tym roku śpimy spokojnie - elfik ma 5 lat i przyjęty być musi. w końcu w 2012 roku obowiązkowo pójdzie do szkoły jako sześciolatek.
i zastanawiam się jak to będzie wyglądać w praktyce. od strony lokalowej zwłaszcza.
w tej chwili WSZYSTKIE szkoły podstawowe w naszym miasteczku pracują na II zmiany. co będzie w podwójnym roczniku. praca na III zmiany? klasy po 40 osób? szkoły z gumy nie są i nie powstaną w nich nowe pomieszczenia...
przeraża mnie to i mam nadzieję, że jeszcze znajdzie się ktoś mądry, kto przełoży reformę na później (tak - wiem, że to małostkowe, ale obchodzi mnie przede wszystkim dobro MOJEGO dziecka). |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.28 21:59
i z zapałem przystąpił do czytania
|
jak już pisałam - nie dziwię się naszemu pierworodnemu, że nie lubi samodzielnego czytania. ale jak to mówią - ćwiczenie czyni mistrza - więc i szuwar czyta 20 minut dziennie. codziennie ;)
czyta prehistorię lektur dla rozpoczynających naukę czyli "Jacka, Wacka i Pankracka". przeczytał jeden rozdział, opowiedział go (chilli przeczytał nawet ze zrozumieniem), po czym nastąpił taki dialog.
- czytaj kolejny rodział - rzucam z kuchni, w której piekłam bułeczki na kolację
- ufff... na szczęście jest króciutki - słyszę w odpowiedzi mojego leniwego syna
- to przeczytasz jeszcze jeden - wchodzę w rolę matki - jędzy
- i po co ja to mówiłem... - jęczy maltretowane dziecię... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.27 22:43
niedzielnie
|
lubię, gdy niedziela jest niedzielą.
gdy nie trzeba załatwiać jakichś spraw, na które zabrakło czasu w tygodniu. gdy pachnie ciastem, posprzątanym mieszkaniem* i lenistwem.
gdy upieczone ciasto (bądź kupione słodkie) czeka na wspólną dla mnie i ślubnego kawę z naszego ekspresu.
gdy wszystko niespiesznie, w swoim rytmie się toczy.
gdy jest rodzinnie przy grach planszowych i jest czas na samotne czytanie książki w ulubionym fotelu.
po prostu - lubię niedzielne niedziele...
*umiem wypoczywać tylko wtedy, gdy jest czysto.**
**tak, wiem - jestem nienormalna.***
***i nie, nie zamierzam tego leczyć ;-) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.26 23:39
wredna jestem
|
dziś po południu zrobiłam smażony serek - przysmak szuwara. z koperkiem, tak jak lubi... czekał niecierpliwie na kolację, by zjeść w końcu ser.
ale przed kolacją postanowiłam jeszcze wypróbować przepis na domową nutellę - nic trudnego - orzechy laskowe, gorzka czekolada i skondensowane mleko słodzone. wyszła super.
elfik wciągnął całego rogala z czekoladową pokusą. a szuwar w czasie kolacji nie wiedział jaką decyzję podjąć - nutella czy ser? ser czy nutella? w końcu zapytał
- a czy mogę jedno i drugie na jedną kanapkę? nie? tak tylko pytałem...
;-D |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.25 23:00
podsłuchane
|
rozmowa elfa z tatą.
elf przypadkiem zobaczył kawałek filmu sensacyjnego
- tato, dlaczego oni się zabijają
- eee... ale to tylko film - ślubny wydawał się być nieco zbity z tropu
- no ale dlaczego oni się zabijają na tym filmie??
no?? dlaczego? |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.24 22:47
moje słabostki
|
mam słabostkę telewizyjną. namiętnie oglądam seriale... czekam z niecierpliwością na każdy kolejny odcinek... śledzę koleje losu bohaterów...
obejrzałam wszystkie odcinki polskiej wersji Brzyduli... zaliczyłam po kolei każdy z sezonów dr Housa... i niezmiennie bawią mnie perypetie przedstawione w Jak poznałem waszą matkę... z rozczuleniem wracam do Przyjaciół albo Ostrego dyżuru...
maniak, nie? |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.23 23:39
czarna krowa w kropki bordo
|
czy ja już się chwaliłam okularami? nie? ;)
muszę to koniecznie nadrobić...
są ślicznie czerwone i kojarzą mi się z łaciatą krową.
zresztą sami zobaczcie
 |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.22 23:36
jeść! jeść! jeść!
|
szuwarowi rośnie apetyt, z niepokojem myślę o okresie, gdy stanie się nastolatkiem.
dziś wracaliśmy z kontroli od neurologa, przejeżdżaliśmy obok McKwaka.
szuwar tęsknie spojrzał na obiekt pożądania i poinformował nas (w swoim mniemaniu podstępnie), że jak patrzy na jedzenie, to się robi głodny.
- to zamknij oczy - poradził mu ślubny
- ale ja dalej widzę jedzenie - odpowiedział mu szuwar.
i masz ci babo placek ;) albo co innego do nakarmienia głodomora ;-D |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.21 23:31
...
|
czasem nie ogarniam codzienności. zakopałabym się najchętniej pod kołdrę, poświęciła się niecnierobieniu i przede wszystkim - odepchnęłabym daleko od siebie wszelką odpowiedzialność.
mróz dziś nieziemski, rano było minus 15... dobrze, że ślubny mógł odwieźć potwory do placówek szumnie zwanymi edukacyjnymi... po wyprawieniu potomków - zanurkowałam w cieple sypialnianego bezpieczeństwa. ale czas biegł nieubłaganie, ślubny auto do pracy zabrał - nie dało się odwlec chwili pójścia po dzieci. a potem to już chwili wytchnienia nie było. bo on mnie bije, bo on specjalnie podarł mi kartkę, bo on podgląda, bo on...
ratunku!!! ja chcę pod mój koc i dajcie mi święty spokój... pognałam ich wcześnie spać, wstaną pewnie jutro w środku nocy, a na pewno przed budzikiem... i od nowa to samo - zaprowadzić, popracować, przyprowadzić... uspokajać, rozsądzać, przytulać i pilnować.
i ciągle mam poczucie, że gdzieś coś mi umyka, że zapętlam się w tym moim kieracie, że coś ważnego dzieje się beze mnie, choć obiektywnie nie powinnam się skarżyć. ważne jest to co robię teraz - dla ich przyszłości, dla kształtowania ich dorosłych postaw, wyborów i kręgosłupa. moralnego również.
a mimo to uczucie gubienia czegoś - uwiera...
;( |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.20 23:05
natchnienie
|
nie miałam ostatnio serca do mojej biżuterii. tacka z narzędziami leżała odłogiem i straszyła wyrzutami sumienia - że tyle kasy utopionej w półfabrykatach, że żadna z tego inwestycja, a raczej zachcianka...
zaczęłam robić jakiś komplet - odłożyłam, bo wyszedł jakiś taki... kolczyki fajne, a naszyjnikowi czegoś brakowało. i tak leżał i leżał, co popatrzyłam na niego, to szybko wzrok odwracałam...
a dziś? usiadłam, poprzekładałam, dodałam i komplecik jak marzenie. już spieszę się z tym pisaniem tutaj, bo koncept na jeszcze jedne kolczyki mam i sprawdzić muszę jak wyjdą ;)
jaki z tego morał? to ARTYSTYCZNA praca - muza, wena do niej jest potrzebna, nie proste wyrobnictwo ;)
żarcik taki, ale nie lubię robić czegoś na jedno kopyto - chcę, by każdy mój wyrób był niepowtarzalny, jedyny i wyjątkowy. dzięki temu - gdy znajdzie już nowy dom - jego właścicielka też będzie mogła się tak poczuć...
zmykam tworzyć. |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.19 23:39
przyciąga jak magnes
|
po kolejnej dzieciatej wizycie utwierdzam się w przekonaniu, że NIE zabudowywanie lodówki było bardzo dobrym posunęciem.
dzieci wpadają do nas i sporą część zabawy poświęcają na przyklejanie i odklejanie licznych magnesów. lodówka u nas przypomina raczej choinkę - wielokolorowa, upstrzona różnymi "ozdobami", zdjęciami, rysunkami. przy zabudowie byłoby to niemożliwe :)
o walorze edukacyjnym nawet nie wspominam - chłopcy litery poznali właśnie w postaci magnesów, które z upodobaniem przekładali (i nadal przekładają) na drzwiach i boku naszej chłodziarki.
u dzieci, które do nas przychodzą i ulegają magnetycznej fascynacji, jedynym sprzętem nadającym się do takiej zabawy zazwyczaj jest pralka.
kiepska zabawa ;) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.18 21:08
promocja
|
szuwar robi coś nieprawdopodobnego. od ponad tygodnia jest... GRZECZNY. to niebywałe. ;)
sam się zmotywował w końcu, doszedł do wniosku, że nagroda obiecana za dobre zachowanie w szkole warta jest wysiłu i voila! udało mu się.
od poniedziałku przynosił ze szkoły same pochwały (mamy z jego panią system - szuwar ocenia sam siebie po KAŻDEJ lekcji - buźki rysowane w zeszycie; w tym tygodniu były same uśmiechnięte). im bliżej piątku tym bardziej się cieszył, że mu się uda i jego determinacja, by nie zawalić, rosła.
dumna z niego jestem bardzo, choć jeszcze nie wierzę, że to na stałe.
z niepokojem czekam kiedy promocja się skończy... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.17 23:50
niespodziewany atak zimy
|
przyznam szczerze, że padający dziś gęsto śnieg zaskoczył mnie kompletnie. na usprawiedliwienie dodam, że nie oglądam prognoz pogody, więc to może dlatego :)
gdy auto rano się trochę nagrzało, a potem stało chwilkę pod szkołą - to pozamarzały mi szyby - kto to widział? w lutym?? nie do pomyślenia...
buty mi przemokły, nie miałam ochoty na bitwę śnieżną z chłopakami, wszędzie błoto pośniegowe i ślisko na drogach...
ja składam zażalenie, mam depresję zimową i chcę już wiosny, a najlepiej lata. |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.16 23:24
randki, randki
|
elf ma w przedszkolu ulubioną koleżankę. ale została ona zawłaszczona przez kolegę elfa, niejakiego M.
moja rozmowa z elfem
- jak będę taki duzy jak tata, to się z toba ozenię mamo
- no, ze mną nie możesz - znajdziesz kogoś innego.
- na przykład L? ja bardzo bym się chciał ozenic z L., ale M. się z nią bawi i mi nie pozwala. to nie moge się z nią ozenic...
- o, to przykro ci pewnie jest, co?
- no, ale to nic - ja się z nią bawię, jak M. nie ma w psedskolu...
- ale może jakąś inną dziewczynkę znajdziesz, niekoniecznie L.
- no, moze...
tu elf zaczął wymieniać przedszkolne koleżanki i powody, dla których nie mogą zostać jego żonami - dwie biją inne dzieci i krzyczą, jedna dokucza jego przyjacielowi, jeszcze inna przyjaźni się z takimi dwoma, których Elf nie lubi... na koniec wyliczanki została jedna, do której nie znalazł żadnych zastrzeżeń.
- no to będę się musiał ozenic z Z. - rzekło dziecię, lekko zdziwione wynikiem rozważań...
:)) mam nadzieję, że w przyszłości odkryje inną drogę na znalezienie towarzyszki życia. |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.15 23:42
z miłości...
|
walentynki przeszły wczoraj jakoś bokiem. bez bukietów, randek, prezentów...
chociaż nie - prezenty były.
ja ślubnemu nasmażyłam przepysznych naleśników, choć nie lubię tego stania przy patelni.
ślubny wypastował mi buty, choć nie cierpi tego jeszcze bardziej niż mycia tłustych garnków.
czy to miłość?
;) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.14 19:31
czytać każdy może?
|
wczoraj myślałam, że pogryzę własne dziecko. albo wyrzucę go za okno...
w czwartek, gdy ferie już właściwie się kończyły, czystym przypadkiem dowiedziałam się, że lektura zadana była do czytania... wspólnymi siłami, większość ja (ale kilka rozdziałów szuwar) , dążyliśmy do przeczytania, żeby w niedzielę już zakończyć.
czytam wczoraj, czytam - pytam o czym było, a szuwar nie wie... bo on na ścianę patrzył... i wymyśla nową fabułę... nie powiem co mnie trafiło - same nieparlamentarne słownictwo mi się na usta cisnęło...
daliśmy radę w końcu. ufff... dziś się okazało, że do końca lutego mają poznać fabułę książki. spoko - jeszcze ze 3 razy przeczytamy, to może gapa będzie wiedziała o czym było ;)
ale problem inny mam. nie wiem jak go nauczyć czytać. duka, stęka, sylabizuje, często jeszcze głoskuje co dłuższe wyrazy... ja się nie dziwię, że nie lubi czytania w swoim wydaniu. gdy kończy zdanie nie pamięta jak się zaczynało...
swojego procesu uczenia się czytania nie pamiętam - nauczyłam się sama, bardzo wcześnie i w jego wieku czytałam już Maya i Makuszyńskiego...
do końca edukacji to ja chyba do reszty osiwieję...
ps. wszystkiego najlepszego dla wszystkich :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.13 18:37
reaktywacja
|
nieco się zmobilizowałam ostatnio i nadrabiam zaległości przeróżne. przede mną jeszcze prace wielkie (czyli porządek w 80GB zdjęć oraz wyselekcjonowanie zdjęć z ostatnich 3 lat do wywołania - mam wrażenie, że nie tak dawno już to robiłam ;) ), ale zaczęłam od przyjemności.
reanimowałam mojego starego bloga zdjęciowego, mam nadzieję, że starczy mi zapału na wrzucanie fotek...
gdy ktoś ciekawy to zapraszam na PSTRYKoty - link również z boku, pod aparatem fotograficznym, w miejscu poprzedniego odsyłacza do plfoto. |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.12 23:44
a jak będę...
|
elifk ma kompleks najmłodszego i najmniejszego w rodzinie.
co chwila padają pytania
- a jak będę tak duzy jak tata, to tes będę miał włosy na blodzie i wąsy, o tu - pod nosem?
- a jak będę w ceciej klasie, a Suwal w sóstej, to będziemy mogli oglądać ben tena?
- a suwal będzie pielwsy dolosły, a potem ja? a jak będę dolosły to tata jaki będzie, bo telas jus jest dolosły...
- a jak będę taki duzy jak Suwal to będę chodził do skoły? a gdzie będzie wtedy chodził Suwal?
- a jak będę dolosły to będę mógł plowadzić wase auto? będę mógł nim jeździć, będzie moje?
- a jak będę tak duzy jak tata to będę mógł lobić dziuly wieltalką?
oj, synku - jeszcze się doczekasz tej dorosłości... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.11 23:33
szuwar kontra szkoła
|
wciąż jeszcze brak mi siły na opisywanie naszych perypetii szkolnych, ale z perspektywy półrocza - jest lepiej.
lepiej niż było.
i lepiej niż się spodziewaliśmy.
edukacyjnie szuwar nie sprawia problemów.
zbiera pochwały za matematykę (naprawdę jest w tym świetny - w pamięci swobodnie dodaje i odejmuje do 30, z pomocą - do 100; na piśmie doda i odejmie każdą dowolną liczbę, załapał o co chodzi ze słupkami :); rozumie o co chodzi w mnożeniu i proste liczby też już swobodnie przemnaża).
po początkowych problamach z grafomotoryką - obecnie ma najładniej prowadzony zeszyt wsród chłopców, co mnie cieszy ogromnie, bo ja w jego wieku miałam bardzo nieestetycznie prowadzone kajety :) no, ale nieskromnie powiem, że to moja zasługa, bo siedziałam z nim i kazałam mu ćwiczyć szlaczki i literki, szlaczki i literki, szlaczki i literki... zeszyt z września i zeszyt z listopada/grudnia dzieli przepaść kaligraficzna :)
ma duży zasób wiedzy, słownictwa. chętnie pracuje na plastyce. jest aktywny, głównie na angielskim, gdzie nie ma oporów przed mówieniem...
ideał, prawda?
nie wysiedzi w ławce. przeszkadza innym. odzywa się nie pytany. nie czeka na swoją kolej. wścieka się. nie ma kolegów w klasie.
oj, długo bym tak mogła...
ale widzimy małą poprawę... cii... nie chcę zapeszać...
|
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.10 23:46
porównanie
|
ślubny zawziął się ostatnio i zakupił dysk twardy do kompa. bo udało nam się niepostrzeżenie zapchać 400GB... nie wiem czym, bo filmów mamy niewiele, troszkę :) zdjęć, mało dokumentów... naprawdę nie wiem...
i jak już kupił to zaczął robić na starych dyskach porządki, co zaowocowało wyrzuceniem wszelkich filmików kręconych aparatem fotograficznym do jednego katalogu.
to spodobało się naszym dzieciom, które z radością oglądały a to elfa w łóżeczku gaworzącego do karuzeli, a to szuwara skaczącego po pokoju albo krzyczącego radośnie w trakcie wyciskania modeliny.
fajnie było tak spojrzeć jak wydoroślały te nasze potwory. ale rzuciło mi się coś jeszcze w oczy, a raczej w uszy.
szuwar długo nie budował zdań. zaczął, gdy miał prawie 3 lata (choć słownik miał już dość bogaty). za to w wieku 3 i pół mówił już bardzo ładnie, rozbudowanie i z pominięciem litery RRRR - bardzo poprawnie. wszelkie szeleszczące głoski pięknie mu wychodziły, nie zamieniał jednych głosek na drugie. tak bardzo dorośle ten mój szuwar mówił na filmikach.
nie pamiętałam za bardzo o tym, przywykłam do seplenienia elfa. ten to naprawdę ma talent i logopeda naprawdę ma co z nim robić. początkowo wszystkie problematyczne głoski zamieniał na t albo je pomijał zupełnie. słoń w jego ustach to był ton, kaszka to tatta, klocki to toti. cierpliwie uczyliśmy najpierw go głosek k i g, łącznie z wkładaniem mu palca do buzi i przytrzymawaniu języka we właściwej pozycji. potem, poprzez przygryzanie dolnej wargi zębami, wspomagaliśmy wymowę w i f...
teraz mamy pięciolatka, który sepleni w najbardziej typowy sposób :)
- mam załoZyC Capkę i Salik? - pyta przed wyjściem z domu
- załoZyC Capkę i Salik - powtarzam po nim za radą specjalisty
- CZCZCZy mam ŻŻałoŻŻyĆĆ CZCZapkę i SZSZalik - poprawia się dziecię...
ćwiczymy, ćwiczymy, ćwiczymy... jak na razie bezowocnie. odbieram gada z przedszkola i słyszę
- mama, bo Mateus w psedskolu powiedział, ze mozemy lazem lysować... a pójdziemy telaz po Suwala do skoły? a kiedy ja będę taki duzy, zeby chodzić do skoły?
ale może w końcu zaskoczy i zacznie nam ładnie szeleścić?
|
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.09 23:46
pościelowo
|
dzieci moje w prezentach urodzinowych otrzymały pościel - młodszy z autami, starszy z benem 10.
rozwinęły pościel, obejrzały, uszczęśliwione owinęły się ukochanymi postaciami i zażądały założenia poszewek na pościel.
- trzeba najpierw ją wyprać - apretura na materiale aż gryzła.
- ale dlaczego - dziwi się elf - przecież nie leżała na podłodze...
****
dwa dni później, już po wypraniu i wysuszeniu pościeli rozpoczęło się maltretowanie mnie o zmianę. tłumaczę, że mają świeżą pościel, że jak przyjdzie czas na zmianę, to na pewno założę tę nową...
trzeciego dnia elfik rano wstaje, schodzi ze swojego pięterka i mówi
- moja pościel śmierdzi, wąchałem ją i śmierdzi.
ślubny daje się wpuszczać małemu kombinatorowi i dopytuje
- ale czym śmierdzi? posiusiałeś się w nocy? co się stało?
- nie wiem... ale śmierdzi...
wszystko dla ukochanego zygzaka, wszystko... nawet wredne manipulacje :)
****
obecnie młody się dopytuje kiedy kolejne pranie pościeli - bo po zmianie ma obiecanego ben tena...
;) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.08 22:48
między nami, po ulicy...
|
pojedyńczo i grupami, snują się okularnicy ze skryptami...
tak, tak - będę nosić okulary. dzisiejsze badanie ujawniło, że moje prawe oko jest wyraźnie słabsze od lewego, w dodatku lekko zezuje. ja tam nie zauważyłam, ale od tej pory będę się uśmiechać używając średnika zamiast dwukropka ;)
dostałam słabe dość szkła, bo tylko +0,5, oko prawe dodatkowo dostało cylindry.
mam teraz tylko jeden dylemat. bo oczywiście byłam już mierzyć oprawki (choć zakropione atropiną oczy uniemożliwiły dokonanie zakupu). i rozdziera mnie między lojalnością wobec naszego ulubionego pana okularowego (u którego jesteśmy stałymi klientami ze względu na szuwara - i który mimo naszej ostatniej wizyty u niego ponad rok temu od razu po wejściu do salonu spytał o stan oprawek naszego syna), a pięknymi oprawkami mierzonymi w sieciówce... cena - zbliżona. oprawki są w kolorze fioletowym, ale mają sprowadzić mi czerwone ;)
ot, problem - do soboty mam czas. potem muszę się na coś zdecydować...
ciekawa jestem czy faktycznie będę lepiej widzieć...
ps. pisałam ten tekst 3 razy - klawiatura lapka ma taki mały niebezpieczny przycisk obok alta, który przeładowywał mi stronę... jeszcze kilka wpadek, a nauczyłabym się tekstu na pamięć ;-D |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.07 22:07
medycznie :)
|
wczoraj, w godzinach późno wieczornych, światowej sławy neurochirurg i okulista, w asyście równie wybitnego specjalisty w dziedzinie operacji plastycznych, wykonali skomplikowaną operację oka połączoną z trepanacją czaszki.
pacjentka, znana gwiazda telewizyjna, mająca na całym świecie miliony fanów i wielbicieli, czuje się już dobrze. dziś po południu opuściła klinikę z w pełni sprawnym okiem i bez żadnych śladów na ciele po operacji.
fani oszaleli z zachwytu, wyrażając swą wdzięczność specjalistom gromkimi podziękowaniami.
czy tylko mi się wydaje, że moje dzieci są już za stare na teletubisie? ale co było zrobić, gdy laa-li oczko się trochę "wdepło" do środka? no co? trochę drutu, kropelka, potem żółta nitka... i metr bandaża, by rano na poduszce paszczaki mogły się ucieszyć z wyleczonej zabawki :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.06 00:58
szanuj oczy
|
wszyscy chyba słyszeliśmy to hasło od naszych rodziców... nie wiem czy mieli rację. może to zwykła kolej rzeczy - jednym się przytrafia, innym nie...
wszystko wskazuje na to, że będę nosić okulary. ja - właścicielka najlepszego wzroku w okolicy. sokole oko odczytujące zapiski drobnym drukiem na umowach z odległości strzału łukiem :) specjalistka od rzeczy niewyraźnych i zamazanych...
wybrałam się do okulisty. lekkie zaniepokojenie wzbudziła we mnie niemożność dojrzenia drobnych zdjęć na obrazku dołączonym do bardzo specyficznych puzzli - mozaiki. a pamiętałam, że kilka lat wcześniej rozpoznawałam je bez problemu...
pani doktor zbadała me oczy najpierw komputerem. "wszystko w porządku, wzrok ok" rzekła miła pani. po czym kazała mi odczytać dolny rząd na tablicy.
i poległam.
widziałam tam tylko rozmazane punkty. rząd wyżej było tylko ciut lepiej...
we wtorek najbliższy jadę do niej znów - tym razem potraktuje moje oczy atropiną szukając wad ukrytych.
a potem prawdopodonie zanurzę się w szaleństwo szukania dla siebie oprawek - pięknych, modnych, niezniszczalnych i nie rujnących kieszeni :) jak to mówią - mission impossible :)
dobranoc, rzekła idkocie, pisząc ten tekst korzystając z klawiatury braille'a :)*
* no dobra - przesadziłam - nauczyłam się po prostu bezwzrokowo pisać, a powiększenie na monitorze mam ustawione na 200% :-D*
*znów żartowałam :) aż tak źle nie jest... a teraz przyznać się - kto do odczytania tego tekstu musiał sobie włączyć zooma na stronie? |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2011.02.06 00:22
na skraju świata
|
fajnie tak wyjechać na kilka godzin, oderwać się od czasoprzestrzeni codziennej, uprzykrzonej.... pobyć bez obowiązków, z luzem patrzeć na szalejące potwory.
wyskoczyliśmy do rodziców moich. na dziś tylko, bez pakowania i zbierania klamotów - ot, obiad, ciasto, kolacja i buziaki, wracamy do się...
mama urodziny kilka dni temu miała, fajne takie, sześćdziesiąte szóste. już zakończyła chemioterapię (i nie wyłysiała), energia z niej kipi (na bal seniorów za murzynkę się przebrała - z kółkiem w nosie i w spódnicy z kawałków nitek) i tylko z lekkim niepokojem czekamy na badania "po chemii", które w drugiej połowie lutego ma mieć zrobione. uprasza się o trzymanie kciuków za ich dobre brzmienie.
w czasie pogaduszek, bycia z rodziną (brat ze swoją czeredą również był) i ogólnego rozprężenia - odświeżyłam swoją znajomość z drutami i wykończyłam samodzielnie szalo-sweter z moheru, który zaczęła robić dla mnie mama. fajnie tak podziergać, już zapomniałam jakie to relaksujące... zwłaszcza, gdy nie trzeba zliczać oczek, jak było w tym wypadku :) siedzę teraz otulona brązowym cudeńkiem i bardzo mi wygodnie - niby szal mam tylko na ramiona zarzucony, ale niby rękawki na jego końcach nie pozwalają mu spadać.
gady padły zmęczone, ślubny czymś zajęty, a ja cieszę się jak głupia splątanymi nitkami - tak mało do szczęścia trzeba. relaks, wypoczynek, uśmiechnięta, energiczna i mam nadzieję, że zdrowa mama... :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.02 22:15
ben 10
|
gady mają zakaz na oglądanie bajki ben 10 - ale jak to bywa z zakazami - obecnie bajka ta kusi teraz najbardziej.
postanowiłam trochę odczarować tę fascynację i mikołaj w prezencie 6 grudnia w buty włożył im takie niby omnitrixy i dla szuwara skarpety z benem (elf dostał z zygzakiem).
pierwszą reakcją elfa było
- ojej, mikołaj nie wiedział, że nie możemy oglądać ben tena...
drugą reakcją, po zobaczeniu skarpet natomiast było
- a jak będę tak duży jak szuwar to też dostanę skarpety z benem? |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.02 22:15
i jeszcze dla potomności
|
tak zapisuję skrupulatnie te wszystkei perełki, bo uciekają z pamięci, oj uciekają...
wczorajsza kolacja, ślubny sięga po kolejną kanapkę. elf komentuje:
- bo ty tato to jesteś głodojadek.
- kto?
- głodojadek...
- to znaczy co? zjadam głoda?
- nie, dużo jesz.
- to chyba głodomorek?
- nie, głodojadek :)
dziś rozebrałam choinkę, czego ślubny oczywiście nie zauważył po powrocie z pracy. po kolacji pytam go czy nic się nie zmieniło :) ze zdziwieniem odkrywa fakt większej przestrzeni życiowej w salonie
- o! choinki nie ma!
- n0, mama ją zniknęła dzisiaj - informuje go elf.
wiecie - taka sztuczka - czary mary i znikamy.
i jeszcze szuwarowe. bawili się dziś w strażaków - elf gasił pożary, o których informował go szuwar. na biurku znalazlam później taką notatkę służbową:
PALI SIEŁ NA GÓRZE I KOTEK NIE MORZE SEIŚĆ.
cudne, po prosu cudne - humor mi poprawiło na cały wieczór. |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.02.02 22:04
krótka historia wynalazków autorstwa elfa
|
w wielkopolsce ferie. gady w tym tygodniu mają wolne od placówek oświatowych, co w praktyce przekłada się na jedzone wspólnie śniadania.
dziecię me młodsze ma przypadłość stosowną do swojego wieku i buzia mu się nie zamyka, mój umysł już się nieco stępił i po 500 pytaniu danego poranka odpowiadam raczej monosylabami... (muszę, muszę nauczyć go czytać i odsyłać go będę do cioci Wikipedii jak nie przestanie).
dzisiejszy dzień rozpoczęliśmu pod znakiem wynalazków (w odróżnieniu na przykład od wczorajszego dnia, który upłynął pod znakiem technologii - a jak się robi kredki? auta? pomidory?).
- a kto wynalazł kubki?
- ludzie, chcieli pić - najpierw z dłoni, potem na przykład z liści, a potem może znaleźli jakiś kamień z zagłębieniem w środku, potem pomyśleli, że można by w drewnie wydrążyć dziurę...
- a kto wynalazł jedzenie?
- ludzie, jak byli głodni...
- a kto wynalazł owoce?
- też ludzie, odkryli, że to co rośnie na drzewach można jeść i jest dobre...
- a kto wynalazł stół? też ludzie?
- mhm...
- bo jedli na ziemi? i im się kruszyło? i mieli bałagan i musieli sprzątać?
w sumie też ciekawa koncepcja... :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2011.01.24 23:21
polska języka to trudna języka
|
i bardzo nielogiczna. jeśli już to pisałam, to przepraszam najmocniej, ale elfik codziennie nam o tym przypomina.
"śpij - ale już się wyśpiłem" to klasyk gatunku już...
albo - "elfik, czy ty już wytarłeś ręce? - nie, zaraz wytarnę"...
dziś opowiastka o znaczeniu słów.
chłopcy dostali grę, której "pulpit" grania jest jednocześnie jej pudełkiem.
elf właśnie kombinuje jak zamknąć pudełko, po wyjęciu odpowiednich akcesorii, więc mu podpowiadam
- na dole jest zapinka, odwróć wieczko, to będzie dobrze
- ale to nie jest ZAPINKA tylko ODPINKA, bo nią się ODPINA...
logiczne? logiczne... |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2011.01.24 23:15
hej kolęda, kolęda...
|
oczekujemy na wizytę księdza - chodzi po kolędzie w bloku, a my - wstrętni hipokryci, których starszych syn dorasta do wieku komunijnego - zdecydowaliśmy się go przyjąć.
stół przygotowany, dzieci mają nakaz zachowania porządku.
- dlaczego? - pyta elfik
- bo przyjdzie ksiądz...
- ??? - zdumienie wielkie odmalowało się na obliczu najmłodszego... no tak, niewyedukowany jeszcze w temacie... on nawet jeszcze nie wie, kto to ksiądz...
po dłuższej chwili oczekiwania zniecierpliwiony elf (to przez ten nakaz porządku) znów pyta
- kiedy przyjdzie ten KSIĘCIU...
ps. księciu przyszedł. był bardzo miły. nie nakrzyczał, że nie chodzimy do kościoła. serdecznie zaprosił. nie nachalnie. a gdy wręczaliśmy kopertę to CZTERY razy się upewnił czy aby na pewno nam się bardziej te pieniądze nie przydadzą i czy aby na pewno mamy co do garnka włożyć. <opad szczęki>.
ps2. wiem, że powinnam zdać jakąś relację z nieobecności, a nie tak ad hoc wyskakiwać z elfowymi zmaganiami z językiem ojczystym, ale albo tak albo wcale :)
za zachętę do pisania w szczególności dziękuję sąsiadowi zza ściany i pewnemu przeuroczemu czytaczowi, który wzruszył mnie szalenie przysyłając mi życzenia świąteczne <macha przyjaźnie łapką> |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.12.16 23:24
elfie pocieszki
|
elf, jak podkreśla z dumą, nie jest już maluchem - chodzi już do średniaków. codziennie, gdy odbieram go z przedszkola biegnie cały szczęśliwy, wpada w ramiona i mocno się przytula.
potem raportuje, robiąc tylko małe przerwy na oddech (a i to nie zawsze)
- maksia nie było, a kuba przyniósł zygzaka, a ja jutro zabiorę trzy moje autka z oczkami i buzią, żeby podzielić się z kubą i tomusiem, nie cztery, bo jeszcze z maksiem, a na obiad zjadłem całą zupę, bo była moja ulubiona, a drugie mi się już nie zmieściło całe...
- a mięsko zjadłeś - pytam podstępnie, przerywając mu w pół długaśnego zdania
- nie, bo wyglądało jak kupa...
na obiad była wątróbka... i wszystko jasne :)
co jakiś czas dziadkowie przysyłają naszym potworom paczki z ukochanymi gazetami, kolekcjami płytowymi, książeczkami i innymi przyjemnościami. przeważnie raz w miesiącu, ale w grudniu przyszły już dwie paczki.
wracam dziś z chłopakami z przedszkola/szkoły. pod domem zaczynają się dopytywać czy przypadkiem nie czeka na nich żadna niespodzianka.
- nie nie czeka
- a może jednak
- na pewno nie
- a c0 jeśli nas oszukiwasz? - pyta elf niedowiarek...
na szczęście jednak ich nie oszukiwałam :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2010.12.05 14:32
:)
|
daję elfowi lekarstwa z tuby, na stole leży jeszcze dla niego tran.
elf przez tubę pyta
-to dla mnie
-tak
-ale to co tam leży
-tak
-ale tam...
-tak, dla ciebie... - odpowiadam już mocno poirytowanym tonem.
dziecię leki wzięło, wychodzi już z pokoju.
pytam go jeszcze
-elf, a dlaczegoty nie słuchasz jak ci się odpowiada na twoje pytania
w trakcie zadawania pytania elf pilnie musiał nogą przesunąć jakiś paproch na podłodze, po czym, gdy skończyłam zadawać pytanie, powiedział
-co? co mówiłać? możesz powtórzyć?
idę popełnić sepuku... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.09.29 19:21
reaktywacja, odsłona kolejna
|
tak się urlopowałam, że zrobiła mi się kolosalna dziura w blogu.
a tyle się wydarzyło.
w wielkim skrócie
- wakacje urlopowe - super... jedne na końcu świata z basenem w ogródku, akurat gdy nad naszym krajem przechodziła fala rekordowych upałów. dorośli tylko zmieniali się na dyżurach przy dzieciach, które z wody wychodziły rzadko i niechętnie :)
- wakacje urlopowe część druga to pobyt w stolicy z zacnym zamiarem zapoznania potomków choć z częścią kultury i dziedzictwa. fala upałów paradoksalnie ostudziła nasze zamiary, ale podarowaliśmy gadzinom błogie chwile hasania po wypasionych ogrodach jordanowskich, obżerania się lodami i taplania się w fontannie pod Arkadią.
powrót do rzeczywistości był bolesny, ale pełen niespodzianek.
przede wszyskim nawiązałam współpracę z Moją Motylarnią, której właścicielkę i powód jej działalności możecie poznać na tym blogu. Zasłuchana przyjęła moje świecidełka do sprzedaży - warto zaglądać do jej sklepiku, bo ma tam wielu urokliwych cudeniek - jedynych i niepowtarzalnych. nieskromnie się pochwalę, że dzięki tej współpracy część moich prac znalazła już nowe właścicielki :)
a potem przyszedł nowy rok szkolny, a z nim nowe problemy, rozmiaru których nawet nie przewidzieliśmy. tak, tak - szuwar i jego stosunek do obowiązku szkolnego, ale to temat na zupełnie inny wpis - gdy nabiorę sił, by to spokojnie ubrać w słowa. na razie tylko dwa w tym temacie - jest fatalnie...
mama się leczy, ma już bliżej niż dalej do końca chemii, czuje się świetnie, nie może się doczekać aż jej włosy wypadną ("bo w turbanie mi tak ładnie"). ostatnio zamarzyła sobie, że chce pisać bloga. mówisz i masz - zapraszam na sianoploty :)
ślubny marzy o zmianie pracy, jak pragnę jak najdłużej utrzymać tę co mam teraz... po cichu przyglądam się jednemu większemu mieszkaniu, ale jak na razie deweloper jeszcze go nie sprzedaje (ale dał plany, mam co meblować przed spaniem) - czekam jaką cenę zaśpiewa sobie za nie...
i tak biegnie to nasze życie w kieracie codzienności, wyznaczane rytmem odprowadzania/przyprowadzana do i z szkoły/przedszkola... szuwar trzy razy na 8, dwa razy na 11.45... weź tu człowieku normalnie pracuj na etacie :)
ps. a buty się dostosowały :)
|
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2010.07.09 23:41
buty
|
takie śliczne... mięciutkie... wpasowujące się w lato świeżym kolorem, krojem wyciętym i powabnym obcasikiem...
na przecenie (50%) wypatrzone, upolowane wręcz...
i co?
piękne bąble idę właśnie wymoczyć w mydlinach... :( |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2010.07.08 23:12
dzień oszalały
|
jak to bywa tuż przed urlopem - wszystko do załatwienia zwala się na ostatnią chwilę. biegam więc, dzownię, spotykam się - wszystko na wariackich papierach, z obłędem w oczach. w dodatku z małym, acz bardzo kłopotliwym obciążeniem w postaci najdroższych synów :)
upały dają się we znaki, kot choruje (jeszcze jemu za specjalistyczną karmą zjeździłam dziś pół miasta), dzieci się nudzą... niech ten urlop się rozpocznie, wyjedźmy... mam dość myślenia czy dobra farba, podkład odpowiedni, właściwego rodzaju kątowniki oraz tłumaczenia gdzie jaką wodę podłączyć. pilnowania terminów malowania pasów na parkingu też mam dość... tak, tak - lato - okres remontó i modernizacji na wspólnotach... i jeszcze puk... puk... dzień dobry, jestem z administacji - przyszłam spisać stan wody na liczniku...
ja chcę już na urlop. jeszcze naiwnie sądziłam, że dam radę opiekować się gadami, z czystego skąpstwa nie wysłałam ich do przedszkola... teraz gorzko tego żałuję... :)
wyjedziemy... zawisnę na hamaku gdzieś między ziemią a orzechem... między być a nie musieć... z zamkniętymi oczami będę kontemplować ciszę ukrytą wśród radosnych zabaw dzieci... już tak blisko... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.07.07 23:55
napisz do idkocie
|
ostatnio wśród sąsiadów za panią od porad wszelakich robię...
-idkocie, bo mój synek w nocy do nas przyłazi, co mam robić?
- pozwolić, zazdrosny jest o młodszego brata... przejdzie mu, znasz jakiegoś 18-latka, który spałby z rodzicami?
-idkocie, co robić, jakiś pies sika do windy...
- a może to nie pies? trza pytać sąsiadów, może ktoś się zawstydzi i przestanie... albo zacznie sprzątać po psie, jeśli to jednak pies...
- idkocie, mała w nocy budzi się milion razy - jak myślisz co jej jest?
- może zęby, spróbuj jej dać coś przeciwbólowego...
- idkocie, jak myślisz, mogę małemu zdjąć czapkę - nie zawieje mu uszu?
- nie ma takiej jednostki chorobowej jak zawianie uszu... sama przy takim upale nie nosisz czapki to czemu jemu zakładasz?
jedno wyjście z dziećmi na plac... i z zewsząd pytania... za wyrocznię zaczynam robić... gazetę z poradami sobie założę, będę odpowiadać na pytania. o! albo stronę w internecie - chcesz odpowiedzi - wyślij sms-a za jedyne 1,22 z VAT-em... majątek już bym zbiła, szóstka w totku już by mi nie była potrzebna :)
|
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.07.06 23:15
wychodne
|
dziś zrobiłam sobie wychodne - z sąsiadkami przekochanymi na pijaństwo polazłyśmy. zostawiłyśmy dzieci na pastwę mężów (lub mężów na pastwę dzieci jak ktoś woli) i poszłyśmy do chińskiej knajpki niedawno w naszej mieścinie otwartej.
fajnie było, co poniektóym język się mocno rozplątał po alkoholu i poza obgadywaniem sąsiadów o zdradach małżeńskich rozprawiałyśmy.
potrzebowałam tego oderwania. bardzo... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.07.05 23:41
tytułem komentarza
|
:)))
i dobrze, że nie śledziłam w nocy zytuacji wyborczej, bo pewnie zawału bym dostała, gdy na moment odwróciły się głosy... |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2010.07.04 23:51
czy już można...
|
...zacytować klasyka? yes! yes! yes!
czy lepiej wstrzymać się do oficjalnych wyników? |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.07.03 23:51
cisza
|
przedwyborcza trwa.
ale jutro choćby miało się walić - to idziemy głosować. nie możemy za, ale zagłosujemy przeciw. hogwh! |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.07.02 23:29
letnio, wakacyjnie, zwariowanie
|
promocja w sklepie była. duża promocja. na baseny,
wespół zespół z bratem rodzonym zakupiliśmy taki jeden. basenik. 450cm średnicy, 122cm wysoki...
problem tylko jeden był... miejsce do rozłożenia. jeszcze przed zakupem, ze sklepu dzwoniliśmy do rodziców, by zapytać ich o zgodę na dzierżawę ogródka. tata ze śmiechem dał pozwolenie i nieco bardziej serio dorzucił, że tylko żadnych drzewek nie wolno nam będzie wycinać...
gdy pojechaliśmy zawieźć prawie 80kg basenu okazało się, że jedynym miejscem, gdzie basen pasuje jak "ujulał" to miejse w sadzie. w którego centrum rosła brzoskwinka. nie odbiła co prawda po zimie, ale dyrektywy były jasne - żadnego wycinania drzew...
na szczęście tacie tak się oczy śmiały do basenu, że osobiście wyrąbał rachityczne drzewko.
w niedzielę wybieramy się do rodziców i może uda nam się ustrojstwo rozstawić - niech grzeje się w niej te 16 ton wody...
a tak w ogóle to lato panie sierżancie - idkocie głupoty do łba w związku z tym przychodzą - dziś na przykład chodziłam w turbanie :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.07.01 23:33
paradoksik
|
na DZIEŃ DZIECKA od nieocenionej mamy dostałam w prezencie very exclusive & very expensive krem PRZECIWZMARSZCZKOWY.
cieszę się jak głupia, ale czy tylko ja dostrzegam dziwność sytuacji? :-D |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.06.30 23:58
sezonowo
|
dzień dobry, nazywam się idkocie i jestem uzależniona od jedzenia rzodkiewki.
to nie żart, naprawdę. gdy zaczynałam odchudzanie, to potrzebę podgryzania czegokolwiek zaspokajałam chrupaniem marchwi. później przerzuciłam się na jedzenie surówek, głównie z marchwi i jabłek :) chrupanie samych jabłek też było ok.
ale zaczął się tegoroczny sezon wiosenny to ogarnęła mnie mania. rzodkiewkowa. i wessało mnie na maksa.
w domu musi być rzodkiewka. najlepiej kilka pęczków. gdy się kończy ogarnia mnie niepokój, jestem nieswoja. wciąż chodzę wokół lodówki i wyciągam po jednej, dwie... rzodkiewka na kanapkach, w sałatce (pomidory, rzodkiewka, ser pleśniowy, sałata... mmm... niebo w gębie....), do przegryzania... gdyby nie fakt, że o tej porze mam umyte zęby - to chrupałabym z całą pewnością rzodkiewkę w tej chwili.
jestem u-za-leż-nio-na....
a tak w ogóle, to elf ma anginę, a kot chore nerki - a jutro mamy gości, przy których chcę/muszę się bardzo spiąć...
dobranoc |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2010.06.29 23:55
jeśli chcesz rozśmieszyć pana Boga
|
to sobie coś zaplanuj...
chłopaki tylko do jutra w przedszkolu, więc zaplanowałam sobie trochę rzeczy do pozałatwiania, których z nimi już mi się nie uda.
tak, zaplanowałam...
elf wczoraj 38,5 dziś rano 38,2 a wieczorem, ku urozmaiceniu - 39,9...
i pozałatwiane... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.06.28 23:15
gdy zasypiają potwory
|
to nabieram ochoty, by je schrupać... przed pójściem spać rytualnie zaglądam do ich pokoiku, naciągam kołdry na odkryte girki, poprawiam powyginane ciałka, by nie drętwiały...
i z lubością wtulam się w te małe ciałka, bezbronne, słodkie, pachnące ufnością, niewinnością, dzieciństwem... elf ginie wręcz na bezkresie łóżka, taki maleńki, zwinięty w kłębuszek, ze splątanymi nogami na kokardkę... szuwar w łóżku pełnym pluszaków rozrzuca ręce, by jak najwięcej miejsca sobie zapewnić, po skosie się układa...
kocham ten wieczorny moment mojej troski o ich spokojne sny... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.06.27 23:15
aaa... zapomniałam o zjeździe
|
zapomniałam w sensie napisać o nim, by ślad potomki miały, a nie pojechać :) choć choróbsko mamy poważnie postawiło pod znakiem zapytania naszą bytność na spędzie rodzinnym...
mama pozostała w szpitalu, my spakowaliśmy tonę ciepłych ubrań, worek kaloszy, kurtki (rękawiczki i szaliki chyba tylko przez nieuwagę zostały w domu) i w środę przed bożym ciałem wyjechaliśmy...
czwartek rano - nieśmiałe słońce... za to wiatr wiał z siłą godną morskiego sztormu niemalże, strasząc urwaniem głów i nie tylko... na jeziornej tafli bałwany się pieniły, aż miło było patrzeć. ale w zaciszu domkowych tarasików blade ciała spokojnie na słoneczne kąpiele można było wystawiać. to znaczy - kto przewidział, ten wystawiał. kto zabrał same ciepłe rzeczy ten musiał kombinować z podwijaniem nogawek i rękawów :)
w piątek słońce oficjalnie smażyło nie bacząc na nasze braki w stosownej garderobie. szuwar i bratankowie bez oporów kąpali się w lodowatej wodzie, elf cały czas powtrarzał, że on się kąpać nie zamierza :) ponieważ wiatr ustał - zleciały się całe hordy zgłodniałych komarzyc, chętnych wyssać z nas całą krew i nie tylko (sądząc z zapału z jakim atakowały).
w sobotę i niedzielę pogoda ani na jotę się nie zmieniła, wbrew deszczowym prognozom i zimnemu i mokremu początkowi tygodnia - była jak zamówiona... do tej pory nie wierzę, że tak się udało...
bardzo nam brakowało mamy, tata chodził przygaszony i markotny, ale rodzinka stanęła na wysokości zadania - wszyscy bardzo się starali, by nie zostawał sam. bardzo im jestem za to wdzięczna...
poza tym zmiany, w przyszłym roku będzie o dwójkę więcej - dwie kuzynki spodziewają się maleństw, kolejne pokolenie już w łonie matki zostanie zaprogramowane na prorodzinne zachowania :)
i zawiązało się kółko brydżystów - okazało się, że oprócz wędkarzy maniaków mamy w rodzinie sporo miłośników tego sportu - w przyszłym roku jak nic trzeba będzie turniej rozegrać...
kocham te nasze zjazdy, są niepowtarzalne... i dają nam tyle wytchnienia.
zresztą - co się dziwić, mając takie widoki w zasięgu ręki, możliwość bycia tak blisko przyrody - trudno byłoby nie złapać dystansu do rzeczywistości :)

|
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.06.27 18:40
nicnierobienie dla mnie jest w cenie
|
i nie chodzi mi o lenistwo, pozostawienie odłogiem całego gospodarstwa domowego na pastwę kotów kurzowych... o decyzje chodzi, plany...
- kochanie - próbuje zmylić mnie ślubny czułym tonem - trzeba ustalić co z wakacjami...
- mhmmm... - mruczę w odpowiedzi, choć na ustalanie czegokolwiek nie mam zupełnej ochoty. i tak będą to wakacje bez fajerwerków. stolica oraz miejsce, którego nie ma na mapach... może weekendowy wypad gdzieś...
- chodź, trzeba wymyślić u chłopaków coś na kształt biurek... od września szkoła...
- wiem, wiem... - choć podejmować decyzji mi się nie chce, zwłaszcza tak karkołomnych - jak na 8m2 upchnąć łóżko (piętrowe), regały, szafy i jeszcze biurka? no jak?
- zobacz jakie fajne autko, ma klimę, większy bagażnik...
- no, fajny... ale my zmieniamy auto? nie wiedziałam...
- trzeba by pomyśleć...
- mhm... pomyśleć...
no właśnie... pomyśleć...
|
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.06.26 12:56
do weryfikacji
|
- elfik, kim będziesz jak urośniesz?
- ja? kierowcą.... <przecież to się rozumie samo przez się>
- a ty szuwar?
- będę kręcił filmy
- ???
zweryfikujemy.... za jakieś 20 lat :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.06.25 23:34
...
|
mama rozpoczęła dziś chemioterapię.
12 cykli przed nią. do bożego narodzenia się uwinie z leczeniem.
będzie dobrze, będzie dobrze, będzie dobrze... |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2010.06.24 23:04
kapslok
|
przypomnienie dla fanów :)
kaplsowaty ostatnio wygląda tak:

a w tej chwili wyciągnięty na całe swoje 102cm (bez długości ogona) leży obok mnie i bezczelnie czeka na mizianie po brzuchu...
za jakieś pół godziny zacznie z wyrzutem patrzeć - dlaczego jeszcze nie ma mnie w łóżku...
on nie ma się przecież gdzie podziać, biedny taki... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.06.24 22:52
głupoty
|
zasypiałam już właściwie... z poczuciem nijakim, że zawalam coś, sama nie wiem co... pracę... wychowanie... rodzinę... samą siebie... takie tam, głupoty - poczucie, że jestem się do niczego, że moje życie nic nie warte, że naprawić się tego nie zdoła... i myśl idiotyczna - zasnąć, nie obudzić się...
i panika przeokrutna, gdy lawina myśli przewaliła się przez umysł... ślubny rano się wymknie do pracy, nie zauważy... a dzieci rano wstaną... i nie dobudzą mamy... I CO ZROBIĄ? pot mnie oblał zimny, oddechu złapać nie mogłam... z trudem powstrzymałam się od obudzenia ślubnego, żeby kazać mu rano sprawdzić czy aby na pewno oddycham...
jaka ja durna jestem... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.06.24 22:44
motylem być
|
czyli rzecz o nie - anoreksji.
poproszę o kopa w cztery litery!
waga zatrzymała mi się w okolicach zimy. potem skręcona noga i moja aktywność fizyczna ograniczyła się do niezbędnego minimum... i kilogramy przebrzydłe zaczęły niepostrzeżenie wracać...
staram się co jakiś czas wziąć w ryzy , zacząć znów dietę. i na staram się jak na razie się kończy.
a chcę, muszę, chcę... jeszcze schudnąć... z 10kg... chociaż...
kopa mi trzeba... chcę wyglądać ... fajnie... bez stresu o zbyt obcisłe bluzki w okolicach braku talii... kopa do odchudzania...
jakieś motywacje skuteczne... przykłady budujące... metody... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.06.24 22:34
dojrzewalnia
|
coś mam w sobie owocowego. długo nie jestem gotowa, czekam i dumam... zastanawiam się, przemyśliwuję sprawy, nie umiem podjąć decyzji.
i nagle dojrzewam. pac, pac - przez pół roku złotówki na książki nie wydałam, po to by (po dojrzeniu) jednorazowo w księgarni zostawiać po 100 i więcej peelenów.
no ale jak nie kupić dla gadów zafascynowanych ciałem człowieka atlasu anatomicznego według mózgofalek z dokładnie rozrysowanym (NA ROZKŁADÓWCE) układem pokarmowym? no jak?
albo książeki z teatrzykiem cieni dla małych fascynatów ciemnych pokoi i latarek?
no nie da się, po prostu się nie da...
milczeniem pominę fakt przedziwnego i niespodziewanego znalezienia się w zamówieniu dwóch książek Pratchetta... nie wiem skąd one w koszyku... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.06.24 22:27
rzeczy niemożliwe - załatwiam od ręki
|
ostatnio wiedzie mi się w załatwianiu spraw.
20% rabatu na prezencie dla bratanków? proszę bardzo, utargowane.
podręczniki do szkoły dla szuwara (i sześciorga jego kolegów i koleżanek) z 15% upustem? załatwione.
znaleźć coś? załatwić? przekonać kogoś? proszę uprzejmie :) zacznę wkrótce żywić przekonanie, że jestem wszechmocna :) ostatnio dla bratowej załatwiłam kamyki ręcznie zdobione we wzorek, którego już artystka nie produkuje, a ona zgubiła jeden ze swoich kolczyków i trzeba było dorobić. nie wiem jak mi się to udało, ale zdobyłam.
normalnie cuda... szkoda tylko, że kuponu w totka z trafioną "6" jakoś sobie nie umiem załatwić...
|
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.06.24 22:19
z serii: szuwarowe
|
- podoba mi się to PIĘTRO ŁÓŻKOWE - mówi szuwar, nieświadom "czeskiego" błędu językowego...
a mi podoba się taka nazwa
dla łóżka?
miejsca?
spełnionego dziecięcego marzenia? |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.06.24 10:17
Państwu już podziękujemy
|
straszni jesteśmy. ja ze ślubnym znaczy się. normalnie niedługo system wczesnego ostrzegania przed nami zaczną montować na imprezach publicznych.
piątek, spóźniony (z powodu powodzi) dzień dziecka oraganizowany przez urząd miasta.
w trakcie świetnej zabawy z klaunami porzuciliśmy dzieci na pastwę tychże, po to, by przyatakować pana burmistrza - bo takie duże centrum powstało, a właściwie to tylko blokowisko, nic więcej i może miasto by pomyślało o jakimś publicznym placu zabaw dla dzieci... gęsto musiał się burmistrz tłumaczyć, z ulgą powitał pojawienie się zastępcy na horyzoncie, na którego natychmiast zepchnął przyjemność rozmowy z nami i dał dyla....
sobota, dni naszego miasta. ślubny zauważył przedstawicieli straży miejskiej. i co? odpuścił? nie, przecież na tyle rzeczy trzeba się im poskarżyć... na parkujące ciężarówki, na debili zatrzymujących auta na skrzyżowaniu (nie na środku, ale przy chodniku, że wyjazd z podporządkowanej jest niemożliwy bez ryzyka stłuczki)... panowie bardzo, ale to bardzo intensywnie rozglądali się za pretekstem do przerwania rozmowy... taki natrętny obywatel to utrapienie tylko samo i nic dobrego...
po spławieniu przez SM jeszcze tylko dorwać redaktora z lokalnej gazety.
i zacząć oczekiwać kiedy zabronią nam wstępu na masowe imprezy :))) |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2010.06.24 09:57
co z niego wyrośnie???
|
wracamy do domu, chłopcy robią sobie mijanki na chodniku. nagle elf wylądował na kolanach po tym jak potknął się o stopy szuwara - ot, nogi im się poplątały i tyle. ale elf zerwał się wściekły i rzucił z pięściami na brata, bo przecież "to przez niego".
przystopowałam małą furię i tłumaczę, że nie było niczyjej winy, że to wypadek... i słyszę
- a co jeśli to nie był wypadek???
no, co? |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2010.06.24 09:49
niespodziewane skutki braku poprawnej gramatyki
|
- chodź, dam ci
- mi?
- tak - ci!
- tacie??? |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.06.22 14:31
mój pierwszy raz
|
z którego jestem dumna
w wolontariacie
zadeklarowałam swoją godzinę raz w tygodniu na pomoc dla bezrobotnych - cv stworzyć, list napisać, poradzić... fundację mamy tu taką fajną, aż miło było się dla nich zaangażować...
pomagałam już wiele razy, na różne sposoby... zawsze bezinteresownie, tylko dlatego, że takiej czy innej pomocy mogłam udzielić. nigdy tego jednak nie nazywałam tak oficjalnie...
a teraz mam takie fajne uczucie... może zabrzmi to małostkowo, w kontekście idei samego wolontariatu zwłaszcza - ale dzięki tej godzinie oddanej dla kogoś czuję się... taka lepsza...
a dziś zadzwoniła do mnie pani, której pomogłam jako pierwszej - z prośbą o pomoc dla córki, bo "jej CV jest takie biedne, a pani to potrafi takie fajne rzeczy wymyślić i nazwać"... (dobrze, że odchudzanie kiepsko mi ostatnio idzie, bo inaczej odfrunęłabym...)
jutro kolejne spotkanie zatem i kreowanie nowych życiorysów, ku chwale lepszej kariery (bądź tylko lepszej płacy). |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.06.22 12:28
stopień wyrodności +10
|
kilka dni temu alergia zaatakowała ze zdwojoną siłą elfa, dziś w nocy nie oszczędziła również szuwara.
krtań podstępnie zaatakowała wredota jedna. szuwar w nocy ledwo oddech mógł złapać, krtań obrzmiałą wziewami potraktowaliśmy i okładami z lodu, by schłodzić, by powietrze swobodniej przepływało... noc koszmarna, na sterydach, pod czujnym okiem moim, by oddechu pilnować...
rano wstał, ubrał się... przydreptał do mnie
- może ja nie pójdę do przedszkola...
- a jak twój kaszel? szczekający?
- khy... khy... już nie... ale wiesz, jakby mi się jeszcze raz tak zdarzyło jak w nocy, to powinienem chyba zostać w domu?...
taaa.... wyrodna matka pomyślała o mądrych słowach swego siedmioipółlatka (od września już szkoła! ra-tun-ku!!!), zaaplikowała mu wziewy, dała sterydy i...
...odwiozła do przedszkola... |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2010.06.13 11:53
helplyman
|
skubię rzodkiewki z liści i wrzucam je do reklamówki, elfik mi pomaga. buzia nie zamyka mu się od paplania
- pomagam ci, ja lubię ci pomagać, ja wszystkim pomagam... bo ja jestem pomagalny...
parę godzin później próbuję sobie przypomnieć to fajne słówko
- elfik, kto ty jesteś?
- no elfik...
- ale jak tak wszystkim pomagasz, to kto jesteś?
- BOHATER... - odrzekł skromnie HelplyMan...
|
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2010.05.29 00:47
własną bronią pokonana...
|
na rower szuwarka wyciągnęłam, w miejscu gdzie się fajnie jeździ czekamy na jego kolegę. ten przychodzi, ale od jazdy na dwóch szalonych kołach woli zabawę w piasku. szuwar jest wyraźnie zawiedziony, siłą próbuje kolegą na rower zagnać.
tłumaczę mu, że nie można nikogo zmuszać, że jemu też by się nie podobało, gdyby miał robić coś na co nie ma ochoty... zrozumiało mądre moje dziecko, odpuściło...
po jakimś czasie zbieram się do domu, wołam szuwara, który jęczeć zaczyna, że on chce jeszcze zostać, że nie chce do domu.
- do domu, do domu - mówię zdecydowanym tonem
- nie zmuszaj mnie, kiedy nie chcę... tak nie wolno...
rozłożona na łopatki całkowicie nie zmuszałam więc tego małego mądrali, użyłam tylko nieco innych środków indokrynacji, by przekonać go, że jednak chce iść do domu :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2010.05.29 00:34
tak tylko weszlam, by popisać postresowo...
|
kaszel, nocne poty, osłabienie. to wszystko równa się pobyt w szpitalu, w którym kompletnie nie wiedzą co jest przyczyną i szukają na oślep. trafiony, zatopiony. guz na jelicie grubym. z potwierdzeniem z biopsji o jego nowotworowym charakterze.
na gwałt niemalże szukanie onkologa poleconego, termin operacyjny ustalony...
nie, nie o mnie tu chodzi, a o mamę moją szaloną, co to latem zawsze na rower wsiadała i jechała, gdzie ją oczy poniosą. tę samą, która bajki niestworzone dzieciom tak pięknie opowiada i błoto im w piaskownicy robi, by zabawa była zabawą...
już po pierwszym strachu, po operacji bez komplikacji... czekać trzeba na kolejną histopatologię, na plan dalszego leczenia... z wiarą i optymizmem trzeba czekać, bo inaczej przecieć nie może być jak tylko dobrze, długo i szczęśliwie... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.03.12 08:38
elfidła
|
pojechaliśmy do rodziców, właśnie świeżo zmienili podłogi w pokojach z wykładzin na panele. różnica jest spektakularna, pokoje sporo zyskały na wyglądzie. meble co prawda są już poustawiane, ale nie wszystko z kartonów jeszcze trafiło na półki, panuje typowy dla takich sytuacji rozgardiasz.
wchodzi szuwar, rozgląda się i mówi z podziwem
- ale super nowe pokoje, jak tu teraz fajnie!
za nim wchodzi elf, mocno zdegustowany rozgląda się po wszystkich kątach... po chwili słyszymy
- ale tu nabałaganione....
odwiedziła nas sąsiadka z dwójką maluchów - dziewczynka o czarujących loczkach to rówieśnica elfa, jej brat o płomiennej czuprynie jest o 2 lata młodszy. szuwara nie ma, jest w przedszkolu, elf po chorobie jeszcze został na rekonwalescencję.
ledwo goście przekroczyli próg elf już marudzi
- ja ich nie lubię, niech wracają do siebie, nie chcę, żeby się tu bawili.
tłumaczę mu, że to nieuprzejme, że tak nie można, bo będzie im przykro... elf jest zaparty, więc przechodzę do argumentów obrazujących - ma sobie wyobrazić jak bardzo byłoby mu smutno, gdyby poszedł do sąsiadów i usłyszał na przykład od chłopca, że nie może się tam bawić, że ma sobie iść do domu. elf milknie na chwilę, zastanawia się i mówi
- ale on nie umie mówić...
no on może jeszcze nie, ale z całą pewnością ona to ze 3 razy cię sprzeda :)
w czasie naszej wycieczki w góry przejeżdżaliśmy przez miasto, w którym się urodziłam. gdy przejeżdżaliśmy obok szpitala mówię do chłopców
- to jest szpital, w którym urodziła się wasza mama
na to elf
- tutaj rodzą się rodzice?
często gdy chłopcy zapatrzą się/zamyślą/zabawią - jednym słowem stracą kontakt z rzeczywistością rzucamy w ich stronę hasłem "ziemia do elfa", "ziemia do szuwara".
któregoś razu weszłam do pokoiku potworów w trakcie ich zabawy. i słyszę jak elf woła do szuwara
- woda do uszu, woda do uszu
chciałabym poznać ten ciąg skojarzeń doprowadzający do takiej parafrazy :)
szuwar nie uczy się na błędach. nie wyciąga konsekwencji. z uporem maniaka wciąż pakuje łapy w największy ogień (mataforycznie rzecz jasna).
dokucza kotu, kot go drapie, znów dokucza kotu, kot go drapie... i tak w koło macieju. któregoś wieczoru, znużona mówię do ślubnego
- po kim on to ma? ja taka nie byłam, łatwo mi było dać nauczkę...
ślubny odpowiada, że on też taki nie był, że jak jakiś pies na niego naszczekał, to potem długo go omijał szerokim łukiem, że on też nie wie... rozmowie przysłuchuje się elf, który kończy kolację. i słyszymy nagle, rzucone takim lekko znużonym głosem
- ja też taki nie BYŁEM...
umarliśmy. ze śmiechu. co najmniej kilkakrotnie. |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2010.03.09 18:51
znam cię jak własną kieszeń... a może nie?
|
sądziłam, że znam swoje duże dziecko. jak własną kieszeń. albo lepiej.
okazało się, że nie. nie znam.
są rzeczy, którymi zaskakuje mnie. nie tak zwyczajnie, bo na przykład się nie spodziewałam, że już coś wie bądź umie.
tak totalnie, jakbym wcale go nie znała.
i nie chodzi o nowe zachowanie siedmionastolatka.
tylko o wrażliwość, wyczulenie - o coś co było istotne dla niego zawsze, a nigdy na to nie zwróciliśmy uwagi.
zapachy. owszem, dawało się zauważyć, że ma czulszy nos niż przeciętny dzieciak. ulubiona pieszczota dla niego to wtulenie się we mnie zaraz po mojej kąpieli z cichym westchnieniem - mmm... jak przyjemnie pachniesz (jasne, że tak - żel do kąpieli o zapachu caffe latte, a balsam do ciała waniliowy - to pachnie tylko przyjemnie... i smakowicie...).
ale ostatnio zbierałam szczękę z podłogi w dwóch już sytuacjach.
przychodzi mała sąsiadeczka. koniecznie chce się bawić szuwarową ulubioną maskotką, tą od spania, przytulania w smutnych chwilach. szuwar stawia spory opór, choć wiem, że sąsiadeczkę lubi bardzo. rozmawiamy, tłumaczę mu, że przecież nie zabierze mu jej, nie zniszczy... i słyszę:
- ale ona tak ładnie teraz pachnie, a jak ona weźmie, to już nie będę mógł z nią spać...
uszanowałam. choć zdziwienie odebrało mi głos na chwilę.
innym razem szuwar "rozbił" namiot na sofce, na której śpi. i spał w nim kilka nocy. wpadli mali sąsiedzi i jedno z nich wtarabaniło się do namiotu. wieczorem duże nasze dziecko urządziło nam histerię. o co? o zapach... bo w namiocie tak ładnie pachniało... a teraz już nie, bo tam urzędowało sąsiadeczątko. ale dziecko kochane, jaki zapach, uspokój się i powiedz jak pachniało?
- tak ładnie, tak jak... tak jak miękki papier...
wymiękłam...
|
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2010.03.07 12:22
a tak w ogóle...
|
w szoku wciąż jestem i podzielić się muszę tym zadziwieniem moim.
o szpital chodzi. warunki, poziom, stosunek do pacjenta.
bladym świtem stawić się miałam na oddziale, o 7.30... środek nocy normalnie. moje spore doświadczenie szpitalne nauczyło mnie, że lekarza (poza dyżurnym z nocy, zaspanym jak cholera) żadnego o tak pogańskiej godzinie jeszcze się nie zastanie. nie w tym szpitalu. przed ósmą to się już obchód odbywa, bo od 8.00 ruszają operacje.
dostałam pokój jednoosobowy, łazienkę do własnej dyspozycji.
posiłki z cateringu.
uśmiechnięte pielęgniarki, miłe salowe, bardzo pomocne rehabilitantki.
na przedoperacyjnej to już w ogóle anioły się mną zajęły - troskliwie, czule, żebym się nie bała - tak jak córką własną, a nie 1762 pacjentem w tym roku...
wszystko z lekkim żartem, pomagającym oderwać się od bólu, strachu...
szok, szok, szok...
najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że dziwi mnie tak naprawdę normalność... |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2010.03.06 13:52
a miało być...
|
tyle planów, zamierzeń... stos książek do przeczytania, filmów do obejrzenia, zdjęć do przejrzenia i uporządkowania z milion, nawet notek do napisania na blogu kilka... i co? nico...
ale po kolei.
dręczona przez rodzinę zdecydowałam się zrobić usg kolana - wynik przewidywalny - zerwane więzadło przednie krzyżowe oraz boczne piszczelowe - to boczne w nieco nietypowym miejscu, z pilnym wskazaniem do operacji.
a potem poszło jakoś tak szybko - w jednym tygodniu pokazywałam wyniki ortopedzie, w drugim już miałam się stawić w szpitalu. na kilka dni, tak cztery lub pięć.
stąd moje przygotowania jak na sybir - pięć grubych książek, 12 chyba filmów wrzuconych na lapka, pożyczony modem, żeby nie być odciętą od świata, przerzucenie wszystkich zdjęć na laptopa, żeby je wreszcie uporządkować, wybrać te z ostatnich dwóch lat do wywołania...
i co? nico...
rano w czwartek przyjęli mnie na oddział, po 10 zawieźli na salę operacyjną, od 11 do 12 operowali, przed 13 odwieźli do pokoju (luksusowo miałam - jedynkę z własną łazienką, do tej pory nie wierzę, że byłam w szpitalu w Polsce...).
a w piątek o 7.35 na obchodzie lekarskim usłyszałam, że wychodzę do domu.
ale jak? dlaczego? ja tyle rzeczy miałam zrobić... noga cięta (10-12 cm), ortezą usztywniona... czemu do domu??
wieczorem wspominałam z rodzicami jak to było kilknaście jeszcze lat temu - na tydzień przed operacją trzeba się było już położyć, po operacji wypuszczano pacjenta dopiero z całkowicie zagojoną raną. a teraz? w szpitalu byłam 28 godzin...
starzeję się chyba, skoro tak mnie to dziwi.
a najbardziej dobił mnie ślubny. gdy wracaliśmy do domu, przy wyjeździe z nowego tomyśla zabraliśmy autostopowicza. na jego pytanie czy się nie boimy ślubny odrzekł:
- za czasów naszej młodości też sporo podróżowaliśmy stopem...
poczułam się jak 100-letnia staruszka...
|
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.02.15 08:35
niepostrzeżenie
|
nie wiem kiedy i jak, tak mimochodem gdzieś - dzieci mi się postarzały... w styczniu skończyli 4 i 7 lat, a ja patrzę na nich i nie mogę uwierzyć.
nie mogę uwierzyć, że elf od pół roku jest przedszkolakiem, że samodzielny taki, że cyfry już wszystkie rozpoznaje (i melduje wchodząc na wagę - mamo! jeden dwa osiem! - co znaczy że osiągnął zatrważającą masę 12,8 kg...). że pyskaty i zadziorny się taki zrobił. stanie taki zezłoszczony i zawzięty przed nami, ręce skrzyżowane na piersi trzyma, broda hardo do góry wysunięta, oczy zmrużone i syczy nam "a właśnie, że nie"... i zrób tu coś takiemu. pozostaje włączyć ignora, podobnie jak na wszystkie wykrzykiwane w złości "głupia z ciebie mama"...
jak to było? bunt dwulatka trwa długo, płynnie przechodzi w bunt czterolatka, później sześciolatka, aż dochodzimy do buntu nastolatka? czy jakoś tak... w sumie cieszyć się mi pozostało, że dziecko rozwija się prawidłowo, że tylko takie problemy nas dotykają. słysząc jego cięte odpowiedzi tak naprawdę dziękuję za jego inteligencję... mogło być całkiem inaczej...
nie mogę uwierzyć, że szuwar (nasz mały szuwarek) od września pójdzie do szkoły, do klasy I... że duży już taki, samodecydujący o sobie... w sumie najwięcej konfliktów powstaje właśnie z okazji jego buntu na to, co mu każemy robić. nawet jeśli jest to to samo co on sam chce zrobić - mamy mu nie mówić. on sam. i już :)
właśnie przydreptał do mnie chory elf (szuwar z sąsiadką zabrał się do przedszkola) i koniecznie chce coś napisać.
uwaga, uwaga, przed państwem elf :)
12345678910ebwoapxytruikjhgfdssdfghj
jak widać bardziej fascynat cyfr niż liter :)
|
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2010.02.10 20:04
dom połamańców
|
zaczęło się jeszcze przed feriami. śnieg za oknem świeży i błyszczący kusił do wypadu na okoliczną "górkę" z sankami. brat wpadł akurat z wizytą na przepyszną kawę (tak, tak, nadal robię najlepszą w okolicy).
od słowa do słowa, między wspomnieniami o naszym śnieżnym dzieciństwie, spędzonym u podnóża gór, narodził się pomysł - a może by tak wyskoczyć na tydzień na dolny śląsk, przeciągnąć dzieciaki po górkach, z nostalgią obejrzeć stare kąty... telefon jeden, drugi, fajna cena na wynajęcie całego domku... pokonać strach przed zamarznięciem tam na śmierć i już... jedziemy - 8 osób + pies (kot poszedł na fajkę do sąsiadów)... nie wierzę, tak dawno tam nie byłam...
domek cudny, zakopany w śniegu na zapupiu zapupia. w domku kominek, mnóstwo miejsca i z tuzin nart do wyboru.
i pogoda jak na zamówienie. słoneczna, bezwietrzna, mroźna - nic, tylko założyć deski na nogi i wyruszyć na stok, by się zbłaźnić przed prawdziwymi narciarzami :)
chwila pod okiem instruktora, bratankowie po godzinie śmigają bez strachu już z samego szczytu, ślubny z zazdrością patrzy na nasze poczynania, a ja z bratową - niezrażone niczym - spokojnie, jodełką podchodzimy na oślą łączkę i delikatnie, pługiem, w dół... i tak przez pół dnia... i następnego... i jeszcze kolejnego...
ten kolejny był naszym ostatnim przed wyjazdem, ślubny z gadami (w tym z jednym zagorączkowanym elfem) pozostał w domku - przed wyruszeniem na stok zapowiedział mi, że mam choć kilka razy skorzystać z wyciągu...
odwagi mi brakowało, więc nadal jodełką po oślej łączce... ale gdy tak wspinałam się coraz wyżej na tej oślej i wyżej i wyżej, aż prawie pod szczyt dotarłam - wzięłam głęboki oddech, szepnęłam "raz kozie śmierć" i poprosiłam brata, by zabrał mnie na wyciąg...
i...
spodobało mi się... raz, drugi, trzeci... śnieg sypnął obficie, w schronisku ogrzaliśmy się chwilę, czwarty, piąty, szósty - ostatni... karnet się już kończył, pora wracać do domku już była... szuuu, pomknął bratanek, szuuu, brat za nim również, szuuu i ja pojechałam... skręt, skręt, prosto bo kawałek pod górkę, ostry skręt, by na łatwiejszej trasie wylądować... i wylądowałam... w zaspie śnieżnej z bólem nogi tak potwornym, że sił brakło, by po pomoc zawołać... gdy wywracałam się usłyszałam tylko takie nieprzyjemne chrup... i kolano straciło swą stabilność (zyskało za to ruchomość w całkiem nowej płaszczyźnie :-) ).
tu tak naprawdę zaczyna się przygoda, niestety w żaden sposób nie udokumentowana zdjęciowo...
ze stoku już nie dałam rady zejść, pod nogę goprowiec, przemiły pan Z., włożył mi szynę, przymocował ją stretchem z rolki. z pomocą jego i brata przemieścilam się ostrożnie do toboganu, opatulono mnie, obwiązano i zwieziono w dół, do auta. bratankowie przejęci nie lada, udział czynny w akcji ratunkowej wszak brali. zapada decyzja, że nie ma sensu wzywać pogotowia, sami o to zadbamy, by kolano obejrzał specjalista... szyny też GOPR-u pozbawiać nie będę, więc zdjąć ją chciałam... mały problem... nożyczek w zestawie ratunkowym brak... uppsss... ale jest brzeszczot od piły... jak pomyślę jakich zdjęć nie zrobiliśmy, to aż mnie skręca :)
prześwietlenie w szpitalu nie wykazało złamania, dostałam tylko zalecenie usztywnienia (ślubnemu zrabowałam jego ortezę) i oszczędzania nogi... hm... a w domku same schody :) na szczęście byliśmy tuż przed wyjazdem... z sypialni na +1 do toalety na -1... hm... nie lada wyzwanie :-D
na szczęście kolano nie spuchło - mam nadwyrężone, naderwane bądź całkiem zerwane któreś więzadło - prawdopodobnie boczne, choć istnieje również ryzyko, że przednie krzyżowe...
ja mam lewe, ślubny w czerwcu definitywnie i do końca zerwał przednie krzyżowe w prawej nodze...
w przyszłym roku ruszamy razem na stok narciarski - na jednych nartach, a co nam tam :) i tak już dziwnie na nas patrzą jak tak do pary kuśtykamy...
|
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2010.02.10 19:51
zza kierownicy
|
niezrównany Andrzej Waligórski popełnił kiedyś coś takiego:
Latał sobie z radarem pewien gacek młody
I po drodze omijał przeróżne przeszkody,
Lecz właśnie gdy się cieszył, że je tak omija,
Wpadłszy na jedną z przeszkód rozbił sobie ryja.
dziś, gdy okoliczności zmusiły mnie do wyruszenia autem na zakupy i jechałam dziurawymi ulicami naszego miasteczka - te słowa jak jakieś okropne mementi telepały mi się w świadomości.
na szczęście nic się nie stało, choć w 70% przypadków omijanie jednej dziury kończyło się wjechaniem w inną... i nieźle mi telepnęło autem już pod samym domem. na szczęście anioł mój stróż kochany czuwał i wyszłam z poślizgu bez szwanku...
czy ja już pisałam, że nie lubię zimy? mimo jej mroźnego uroku, ukrycia brzydoty pod stertą śniegu (w tym roku jakże obfitego w swych opadach), perspektywy wymrożenia całej populacji komarów?
jeśli jeszcze nie - to piszę: nie lubię zimy!!
za błoto w mieszkaniu, wydłużony czas ubierania gadów, śliskie drogi i śniegowe koleiny na drogach.
no, nie lubię i już. |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2010.01.01 23:39
raporcik
|
myślę o nadchodzącym roku, co nas czeka, jaki będzie... mnóstwo zmian już za nami, nasze życie inaczej wygląda, choć dopiero podsumowanie ich w myślach dało mi pojęcie ile ich było.
schudłam :) na razie waga stanęła (jeszcze sporo kilogramów przed upragnionym celem), ale idkocie nie poddaje się tak łatwo i zaczyna kolejną walkę - mam nową broń - zakupiony wczoraj hula hop :) nawiasem mówiąc już wiem na czym polega jego wpływ na chudnięcie - schylam się po to spadające non stop kółko milion razy - od takiej ilości skłonów, każdy by nabrał talii :-D
to naprawdę spora zmiana w moim życiu - wymieniłam CAŁĄ garderobę. czuję się inaczej, lżej, pewniej, atrakcyjniej. i nie ukrywam, że zachwyt ciotek w czasie świąt (z lekką domieszką zazdrości) dał mi mnóstwo satysfakcji. i kopa, żeby pozostałą 1/3 zrzutu zmienić szybko w smukłą talię.
kolejna zmiana to moja praca. odeszłam z nudnej, nierozwijającej mnie, niesamowicie bezpiecznej. bez żadnych widoków na coś innego. małymi kroczkami zaczęłam współpracę z naszą administratorką wspólnoty. obecnie jestem jej "człowiekiem w terenie" , spotykam się z ludźmi, pokazuję podwykonawcom co i gdzie mają zrobić, odbieram ich prace. za niewielkie pieniądze, ale ze swobodą opieki nad dziećmi i dowolnością lawirowania godzinami pracy. brzmi jak bajka :)
nie sposób nie wspomnieć, że elf dostał się do przedszkola i jest już nawet pełnoprawnym przedszkolakiem (ach, ta łezka wzruszenia w matczynym oku podczas uroczystości pasowania na przedszkolaka). nie wiem jakim cudem się dostał, ale od połowy września chodzi do swojej pierwszej grupy - pewnie pomogło moje codzienne wydeptywanie ścieżki do pani dyrektor z pytaniem czy może coś się zmieniło i zwolniło się miejsce? według wersji elfa nie przepada on za przedszkolem, dzieci mówią na niego mały, więc ich też nie lubi, ale codziennie odbieram go uśmiechniętego i zadowolonego i odpowiadającego na pytanie jak było "wspaniale" z szerokim bananem na twarzy :)
w ogóle to dorastają te moje chłopaki, przemeblować pokój im musieliśmy, bo trudno, żeby przedszkolak spał jeszcze w łóżeczku ze szczebelkami. dostali więc chłopcy łóżko piętrowe, przy okazji zabawek ze 3 worki wynieśliśmy. ku zaskoczeniu chyba nawet nas samych na górze śpi elf. choć konserwatysta z niego niewąski i średnio raz w tygodniu jęczy nam, że nie podoba mu się nowy pokój i on chce stare ustawienie i stare łóżeczko... współczuję w przyszłości jego żonie...
nie wiem jak nam się to udało, ale do pokoiku, który ma 8m2 wstawiliśmy jeszcze szafę - dzięki czemu w końcu pozbyłam się dziecięcych ubrań z sypialni i odzyskałam komodę w dużym pokoju. jej, ale mam teraz porządek w przyborach do szycia (szuflada druga od góry), dokumentach leczenia (trzecia szuflada) oraz licznych przydasiach (na samej górze).
podjęłam również próbę dorobienia kilku złotych do tej mojej marnej pensyjki i zajęłam się robieniem biżuterii. małe sukcesy mam już na koncie - tak z 15% tego co zainwestowałam w towar już mi się zwróciło ze sprzedanych egzemplarzy. problem tylko jeden mam, bo jak każdej sroczce - trudno mi się rozstać z każdą błyskotką :) ale jest to na pewno takie hobby, które bardzo wycisza - wymaga wielkiego skupienia i precyzji. lubię późnym wieczorem zasiąść do jakiegoś naszyjnika czy kolczyków, nanizywać na linkę kamyk po kamyku, przekładki, stopery, zsuwać i zaczynać od początku próbując nowej kombinacji... po to, by rano już można było zrobić zdjęcie gotowemu wyrobowi.
myślę wciąż co dalej, ale mam nadzieję, że ten rok da mi odpowiedź. że odnajdę się, że odnajdę poczucie spełnienia... mam nadzieję... |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2010.01.01 18:15
z nadzieją na rok lepszy
|
cud okołobożonarodzeniowy się wydarzył - dzieci w warszawie się nie rozchorowały, wbrew tradycji nie odwiedzaliśmy ostrego dyżuru w czasie świąt :)
ale ponieważ równowaga w przyrodzie musi być zachowana - kochane potomstwo wzięło się i rozchorowało po powrocie do domu. w dodatku szczodrze podzieliło się choróbskiem i zaraziło nas, swych kochanych rodzicieli, w sam raz na sylwestra :D
dlatego, wyrażając nadzieję, że nadchodzący właśnie rok będzie zdecydowanie lepszy niż ten, który kończy się chorobą i sylwestrem spędzonym w pieleszach domowych (choć przemiłym, uroczystym, pełnym tańców z przystojnymi facetami - w tym jednym lekko kulawym :) ) - życzę wszystkim, a przede wszystkim nam samym - BY SIĘ WIODŁO JAK NAJLEPIEJ :)) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2009.12.25 14:41
świątecznie
|
jak nie my - całkiem się w tym roku sprawnie spakowaliśmy - i wyjechaliśmy na święta. w tym roku - stolica :)
fajne takie święta, gdy gonitwa za porządkiem niewiadomopoco, szaleńcze przygotowywanie tony potraw dla niewiadomojakiegopułkuwojsk - jest poza nami... gdy skupiamy się na fajnej atmosferze, ćwiczeniu kolęd, by odśpiewane zostały na głosiki dziecięce przy blasku świec migoczących na wigilijnym stole...
by chwilę znaleźć na odwiedziny u złożonej chorobą cioci bez poczucia, że mało czasu...
chcę, żeby chłopcy mieli w swych wspomnieniach wizję ciepłych, rodzinnych, a przede wszystkim - spokojnych świąt - również w aspekcie ich przygotowywania. odejść, uciec wręcz, od schematu urobienia się po pachy, skupić się głównie na budowaniu własnej tradycji. niech to będzie ich dziedzictwem w dorosłym życiu. niech w przyszłości odwołują się do tych świąt, kiedy razem ubieraliśmy choinkę, wyśpiewywaliśmy kolędy i cieszyliśmy się po prostu czasem wspólnie spędzonym...
tak świątecznie po prostu niech będzie... |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2009.12.23 01:46
...
|
odmeldowałam się... i znów zamilkłam... wybita z rytmu życia przez nagłą śmierć kuzynki, ledwie ode mnie 7 lat starszej...
a teraz debiutuję - bo pochwalić się chcę koniecznie - to mój pierwszy wpis na tym blogu napisany na naszym pierwszym, kompletnie nam do niczego nie potrzebnym laptopie :)
cały dom śpi, kot czasem tylko pomrukuje coś przez sen (zniesmaczony widać moją nieobecnością w łóżku o tej porze) - a ja zawinięta w koc, siedzę wygodnie i uczę się klepać w laptopową klawiaturę - dużo nauki przede mną :) więc nadzieja na częstsze notki powraca - na czymś wszak trzeba ćwiczyć.
(ale teraz przynajmniej wyjazd na święta nie oznacza braku swobodnej, pełnej intymności możliwości zaglądania na bloga w tajemnicy przed rodziną) |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2009.11.20 14:50
niesmiało... po nieobecności długiej...
|
z lekkim niedowierzaniem czy aby na pewno...
chyba wracam...
bo tęsknię za pisaniem...
cóż tam brak snu... gdy z duszy słowa się wyrywają... |
|
mieli coś do powiedzenia:
3
|
|
2009.09.03 09:30
no dobra... przyznam się...
|
właśnie dziś jest ten dzień, kiedy w kalendarzu mogę odkreślać kolejny rok życia...
35 można uznać za skończone...
ale ja się nie starzeję :-) dzieci mam małe, zmarszczki usunie się z fotek w photoshopie... a podwójna osiemnastka dopiero za rok.
|
|
mieli coś do powiedzenia:
6
|
|
2009.08.13 13:06
wdrukowania...
|
gorzkie refleksje mnie naszły (choć nic w nich nowatorskiego)... właśnie "odpucowuję" mieszkanie na wysoki błysk - zbliża się wizyta(cja) teściowej, więc nawet okna doczekały się dziś umycia... a gdy spędzałam urlop w miejscu, którego nawet nawigacje satelitarne nie uwzględniają - taka najbardziej w porządku się czułam, gdy wszystko było wysprzątane, owoce z ogrodu zostały zagospodarowane, warzywa złożone do przechowania, a obiadki rodzinie na czas podane...
idiotyzm... robię rzeczy, których robić nie lubię nie dlatego, że zrobić je trzeba. dlatego, że dopiero po ich zrobieniu mogłam poczuć, że jestem ok, odpowiedzialna, dorosła i w pełni zasługuję na miano żony, pani domu, kobiety...
co zabawniejsze - wiem gdzie tkwi przyczyna, że nie tylko ja mam takie durne poczucie obowiązku co do utrzymywania porządku, gotowania i wszystkich tych innych domowych, jakże syzyfowych prac...
wracam myślami do dzieciństwa, obserwuję i teraz typowe zachowania... chłopak przybił gwóźdź - o! super facet z ciebie będzie! bawi się w wyścigi tysiącem autek rozrzuconych po podłodze - typowy chłopak, to normalne u mężczyzn...
co ja słyszałam i w jakich sytuacjach (i sądzę, że nie tylko ja - większość przedstawicielek mojej płci również)? "ależ gospochna z ciebie rośnie" powiedziane z prawdziwym podziwem do sześciolatki, która dba o podlewanie kwiatów w całym domu. dzieci lubią być chwalone - więc sześciolatka z jeszcze większym zapałem dba, rozszerza swoją działalność na inne rzeczy, które każda gospochna przecież robi - ściera kurze, odkurza dywany, dba o porządek... "widać, że w domu jest prawdziwa kobieta" słyszy dzięwięciolatka, która do błysku doprowadziła całą kuchnię... nadal lubi wysłuchiwać pochwał, więc codzienne mycie naczyń robi z niej prawdziwą kobietę...
czy jakikolwiek facet kiedykolwiek usłyszał, że jest naprawdę facetem z krwi i kości, gdy posprzątał, ugotował, upiekł, uprasował, wyprał, uszył, zrobił konfitury bądź podlał kwiaty? obawiam się, że słyszał wręcz coś przeciwnego...
utarło się od tysiącleci, że kobieta jest 100% gdy dba, troszczy się, sprząta, pierze, gotuje... te, które tego nie lubią i mają odwagę tego nie robić muszą stawić czoła kąśliwym komentarzom i podejrzewam, że swojemu sumieniu również, w głębi którego jakiś taki mały wredny chochlik szepcze "cóż z ciebie za kobieta, jak podłogi niepomyte, a ciasto na niedzielę nie upieczone? twoje inne osiągnięcia będą coś warte dopiero gdy na tym polu się wykarzesz, nie wcześniej..."
to naprawdę wredny chochlik, wdrukowany w naszą kobiecą naturę od pokoleń...bardzo wredny... |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2009.07.11 00:20
...
|
decyzja już za mną, wykonanie również. od 1 lipca nie mam pracy...
tkwię w zawieszeniu, nie podejmuję żadnych ruchów... ślubny kuśtyka w ortezie, szuwar ma wakacje, elf wciąż niezagospodarowany przedszkolnie - sytuacja idealna do bycia oficjalną kurą domową... choć wiem, że nie mogę... ale odwlekam jeszcze ten moment... jeszcze nie czas na uciekanie z domu w pracę (mówię sobie w myślach, łudząc się, że to prawda).
|
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2009.07.11 00:02
afirmacja
|
wstałam dziś rano w takim dobrym nastroju. zerknęłam w lustro w łazience i pomyślałam sobie - ooo, jaka fajna babeczka. bardzo ją lubię :) życzliwie spojrzałam na kurze łapki wokół oczu, miły uśmiech, którym odpowiedziała na moje zainteresowanie. jasne, mocne spojrzenie, pewność siebie... nic tylko podziwiać.
a potem wskoczyłam na wagę i przestałam się dziwić temu porannemu zachwytowi. mogę właśnie odgwizdać połowę odchudzania!!!! |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2009.07.10 23:56
opowiem wam bajkę...
|
wyjeżdżaliśmy (z okazji reperacji kolana ślubnego w szpitalu na peryferiach). kota przygarnęli sąsiedzi. mili, bezdzietni, lubiący naszego sierściucha- kocie niebo wprost. w sumie jedyną rzeczą, którą nasi sąsiedzi lubią bardziej niż naszego kota jest szisza :)
pakujemy się już do auta, inny sąsiad podpytuje o długość i cel wyjazdu. pyta również co zrobiliśmy z kotem. mówimy mu gdzie trafił. sąsiad uśmiecha się znacząco i pyta
- ale wiecie, że po powrocie wasz kot będzie palił fajkę?
|
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2009.06.21 12:54
klimaty zjazdowe
|
jak co roku już - byliśmy na zjeździe rodzinnym. padało i świeciło słońce na przemian, z zadziwu godną regularnością - 5 minut ulewy, godzina upalnego słońca...
było fajnie, radośnie, rodzinnie... nie obyło się bez kontuzji (ślubny jutro ma operację kolana - skręconego w trakcie gry w piłkę nożną z małolatami), szuwar wrócił z zapaleniem stawu biodrowego...
oto kilka fotek - tradycyjnie już - pozjazdowych... i trochę klimacików... :)
elfik chce latarkę.
- po co ci latarka?
- potrzebuję...
- ale po co potrzebujesz?
- do świecenia...
a po coś innego jest potrzebna latarka??

babcia prosi szuwara
-weź ten woreczek z czereśniami i zanieś ciociom pod siódemkę.
szuwar pognał, po chwili wrócił.
- dałeś czereśnie pod siódemkę?
- tak
- ciocie podziękowały?
- nie...
- jak to nie? (ciocie naprawdę są dobrze wychowane)
- bo ciocie mieszkają pod dziewiątką...
trudno, żeby dziekowały w takim wypadku... dobrze, że pod siódemką nikt nie mieszkał i czereśnie dotarły w końcu tak gdzie dotrzeć miały...

  |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2009.06.10 20:47
nieodwołalność
|
zapadła dziś nieodwołalna (chyba?!) decyzja.
wahałam się od momentu dowiedzenia się, że elf do przedszkola się nie dostał - co dalej z moją pracą... wracać? przejść oficjalnie na status kury domowej? rozkręcać jakąś własną działalność? w pracy na 99% czekało i tak na mnie wypowiedzenie...
ale trwałam w nicości decyzyjnej, bo do września jeszcze trochę czasu zostało.
zmobilizowała mnie do samookreślenia koleżanka z pracy.
jak odejdę teraz, w czerwcu jeszcze w ramach programu dobrowolnych odejść - oprócz odprawy, dostanę dodatkową kasę, wcale niemałą...
dziś byłam w biurze, podpisałam co trzeba... jeszcze dyrektorski podpis i ... to będzie koniec mojej kariery na kolei...
i dziwnie się czuję - niby nic się nie zmieni. siedzę nadal w domu tak jak siedziałam, pieniędzy nie mam jak nie miałam, ale świadomość, że gdzieś jestem zatrudniona - dawała mi jakiś taki wewnętrzny błogostan...
ale nic to - 30 czerwca jeszcze pojadę pobiegać z obiegówką... i czas na nowe!!
jakieś pomysły na biznes??? :)) |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2009.06.10 20:39
w szponach nałogu...
|
zawsze uważałam, że zasada iż należy wywalić z szafy jedną rzecz, aby zakupić następną jest bardzo rozsądna... że się do niej nie stosowałam, to już inna sprawa...
ale nadrabiam, nadrabiam, w dodatku hurtowo... tylko nieco na opak :)
najpierw wywaliłam sporą część mojej garderoby. a teraz muszę uzupełnić braki... no muszę... chodzę na ryneczek (taka poznańska odmiana targu, bazarku) i u pani, która ma stosy używanych bluzek każda po 5 złotych - zostawiam majątek...
ale co poradzę na to, że te bluzki takie ładne... jak nówki, żadnych śladów noszenia, sprania... a co najważniejsze - takie malutkie...
z tego szczęścia, że mieszczę się w takie rozmiary - kupuję, kupuję, kupuję...
i chudnę nadal :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2009.05.23 23:37
szafa
|
zrobiłam przegląd swojej szafy.
gruntowny - z wyciągnięciem i przymierzeniem każdego ciucha.
z dogłębną analizą przydatności, urody, stanu znoszenia każdego z nich.
oraz z wywaleniem spośród nich conajmniej 1/3*
odbyłam przy okazji z synami bardzo interesujące rozmowy :)
rozmowa 1
elf przygląda się mi, jak mierzę po kolei bluzki. przy jednej z nich stwierdza:
-nie pasuje ci. wyrzuć.
-ale ja ją bardzo lubię, dobrze jeszcze w niej wyglądam...
-wyrzuć!
odkładam bluzkę, przymierzam następną, elf spogląda i mówi:
-o niebo lepiej, śliczna jesteś...
w końcu jest znawcą, nie?
rozmowa 2
z szafy wszystko wybebeszyłam na łóżko w sypialni. lustro duże mamy w przedpokoju, więc na krzesłach położyłam sobie ubrania do mierzenia. dobre przekładałam na kolejne krzesła bądź na wieszakach zawieszałam na hakach od huśtawki w drzwiach do dużego pokoju. rzeczy wyautowane lądowały na podłodze, tworząc malowniczą stertę zagradzającą wyjście z mieszkania.
szuwar wszystko zlustrował i pyta:
-mamo, co robisz?
-porządek w szafie...
szuwar jeszcze raz spojrzał. na wywalone ciuchy na łóżku, piętrzące się sterty na krzesłach, wieszaki utrudniające przejście do pokoju oraz na rosnącą górę na podłodze...
-mamo, ale ty tu zrobiłaś bałagan, nie porządek...
i weź tu takiemu teraz tłumacz zawiłości babskich remanentów...
*(w ten pokrętny sposób chwalę się, że nadal chudnę i że ubrania zaczynają na mnie powiewać niczym sztandar na wietrze - 2/5 zaplanowanego zrzutu już za mną) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2009.05.23 23:22
bo ja jestem taki maly....
|
wieczór, kończę myć zęby elfowi. daję mu buziaka na dobranoc i mówię:
-a teraz biegiem do łóżeczka...
-nie mogę. mam małe nóżki, nie widzisz? nie mogę biegać... trzeba mnie zanieść...
nie ma to jak się odpowiednio w życiu ustawić. ślubny wziął i zaniósł tego gościa z małymi nogami do łóżka... :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2009.05.08 19:35
samowystarczalni
|
gady nam podpadły. pokłóciły się ze sobą, a następnie pobiły o jakąś durnostkę. nie zważały na nasze prośby i tłumaczenia. po chwili się pogodzili. po jeszcze krótszej chwili znów się pobili... i tak całe popołudnie... mieliśmy ich dość. po dziurki w nosie.
poinformowaliśmy ich, że się nie odzywamy do nich.
dzieci się nie przejęły. bawiły się i wyjątkowo głośno nadal kłóciły...
w krótkim momencie zgody szuwar przyszedł do mnie
-mamo, pomóż nam zrobić namiot z koca...
-nie pomogę, jak się tak kłócicie, nie mam ochoty na zabawę z wami.
szuwar zwiesił nos na kwintę i z taką samą prośbą zwrócił się do ślubnego
-tato, pomóż nam...
-nie, bo się kłócicie co chwilę... o namiot też zaraz będzie wojna...
poszedł więc nasz pierworodny i słyszymy jak mówi do swojego młodszego brata tonem mocno zrezygnowanym:
-nikt nam nie chce pomóc...
na co niezrażony elf odpowiada głosem pełnym entuzjazmu:
-tjudno... pojadzimy sobie sami...
no i sobie poradzili... :)
|
|
mieli coś do powiedzenia:
3
|
|
2009.05.01 00:13
koneser
|
jest ciepło. lato - mimo przełomu kwietnia i maja - w pełni. rozważam zakupienie dzieciom wygodnych, kroksopodobnych łapci do nurzania się w piasku.
a elf, mimo temperatury na zewnątrz - zaparł się na buty. takie co to już na jesień miały dla niego czekać.
bo z lekka za duże są.
i stanowczo za ciepłe.
na razie nie ma przebacz - te, tylko te i żadne inne.
bo...
bo...
bo są czerwone! no... i to jest wystarczający powód.
 |
|
mieli coś do powiedzenia:
6
|
|
2009.04.30 13:03
komunikat :)
|
niniejszym ogłasza się, że sezon wiosenny anno domini 2009 uważa się za oficjalnie i nieodwołalnie rozpoczęty.
dzieci wieczorami łaskawie wracają do domu w stopniu zapiaszczenia sugerującym conajmniej trzydniową wędrówkę przez saharę. przenoszone są wtedy za uszy nad brodzik, gdzie przez energiczne potrząsanie wysypuje się z nich całkiem spory kopczyk - w sam raz do kolejnej zabawy. po należytym wykąpaniu (ślubny zawsze sprawdza czy wykąpał własne dzieci) i nakarmieniu, odnosimy dwa padnięte zezwłoki do łóżek.
przy okazji chciałabym się pochwalić, że szuwar - po wielu tygodniach indokrynacji, namawiania i przekupywania - podjął iście męską decyzję i próbuje uczyć się jeździć na rowerze bez bocznych kółek. to znaczy - już umie to robić, pod warunkiem, że się nie zorientuje, że żadne z nas nie trzyma za kij :))
elf za to dorósł w końcu do najmniejszego rowerka i z zapałem pedałuje za starszym bratem...
właśnie rozważam zakup roweru dla siebie... choć w ramach odchudzania mam na razie zaliczone przebiegi za rowerem szuwara - inaczej się wywraca... :-D
|
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2009.04.27 23:30
(tytuł ocenzurowano ze względu na wulgarne treści)
|
tekst też powinnam ocenzurować, bo coś mnie ciska...
elf nie dostał się do przedszkola. bo nie.
bo musieli przyjąć wszystkich sześciolatków (w tym szuwara), wszystkich pięciolatków, dzieci samotnych rodziców (a w miejscowych wieściach piszą, że w ostatnich latach zadziwiająco wzrosła liczba rozwodów w naszym mieście).
dla mojego trzylatka miejsca już nie starczyło... nie tylko dla niego - dla 99 innych również, choć to marna pociecha...
a ja we wrześniu powinnam wrócić do pracy.
przynajmniej teoretycznie, bo szykują się zwolnienia zbiorowe i raczej polecę na bruk.
decydowanie się w takiej sytuacji na przedszkole prywatne to samobójstwo finansowe. rezygnacja z przedszkola prywatnego - to brak możliwości szukania pracy... fajnie, nie ma co...
idę kląć w zaciszu domowym... |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2009.04.27 23:21
ku podsumowaniu - tydzień IX za mną...
|
idę jak burza :) dzięki za wsparcie...
1/3 już zrzucona!!!!
zrzucone również niektóre spodnie, już się na tyłku w ogóle nie trzymały :)
i zupełnie nie rozumiem dlaczego się z tego faktu tak całkiem nie po babsku cieszę :-D |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2009.04.27 23:17
siennie
|
lubię wybuch wiosny. co roku się przymierzam, by ją przyłapać. by krzyknąć ha! widzę cię jak nadchodzisz... a ona co roku tak cichcem, nocą, niewiadomo kiedy...
w tym roku jednak zaskoczyła mnie totalnie. gdy utknęłam z biedronkami wiecznymi w domu zima jeszcze była, śnieg spadł niewiele wcześniej...
a teraz wypełzamy na spacery i kwiecie z drzew nas obsypuje, tulipany już się panoszą na grządkach, bzy kwitną...
a my? kichamy. prychamy. oczy nam łzawią. elfik na wziewach, ja oczy za okularami przeciwsłonecznymi chowam...
a to dopiero początek... na zjazd pojedziemy akurat w sam środek pylenia sosny... w zeszłym roku w ośrodku żólto było...
czy ktoś może odwołać tę porę roku??? |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2009.04.22 23:35
motywacja
|
ukochana moja bratowa przysłała mi esemesa.
"Wszyscy wokół się odchudzają, bo wiosna. Chwalę więc twoją silną wolę, konsekwencję i wytrwałość, a ludziska zazdroszczą efektów (ja zresztą też). Wyglądasz śliczne, gratulacje!!!:-))"
teraz już nie mogę dać plamy.
1/3 odchudzania za mną... |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2009.04.21 13:04
gramatyka w nowym spojrzeniu
|
fascynuje mnie obserwowanie rozwoju biegłości posługiwania się językiem u dzieci. jakże wielu nieścisłości i niekonsekwencji można się dopatrzyć w naszej ojczystej mowie...
- wyśpiłem się już mamo - mówi elf po drzemce, bo i jak ma powiedzieć? forma "wyspałem się" wszak z niczego nie wynika...
- ja się boiłem henieka - twierdzi to samo elfidło w trakcie oglądania "Aut"... no, takiego heńka naprawdę można się wystraszyć... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2009.04.20 13:37
:)
|
z dziś rana.
szuwar do przedszkola nie chodzi już dwa tygodnie - wiadomo, ospa. pod koniec zeszłego zadzwoniła pani z przedszkola, że dziś jest wycieczka do Kórnika.
znając opór szuwara do powrotu do przedszkola po długim pobycie w domu - od kilku już dni nęciliśmy go wizją dzisiejszej wycieczki. że do Kórnika, że będą zwiedzać, że będzie fajnie.
dziś rano szuwarzydło wstało, przydreptało się przytulić i powiedzieć, że on zostaje w domu. więc znów zaczynam, że wycieczka, że mu się spodoba...
- ja nie chcę jechać na żadną wycieczkę!
- dlaczego??
- nie chcę oglądać żadnych kur!!!
no, ja też bym nie chciała :)
|
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2009.04.20 13:31
elfidła
|
próbuję uruchomić wideo - gady, znużone chorobą i pobytem w domu przy słonecznej pogodzie, zażyczyły sobie włączenia z kasety "małej syrenki". najpierw walczę z uruchomieniem, coś się zacina i wideo twierdzi, że nie widzi kasety. gdy udaje mi się pokonać oporną materię - okazuje się, że obraz nie jest przekazywany do telewizora, przepięcie kabelków pod telefoniczną instrukcją ślubnego - nic nie daje.
mówię dzieciom, że musimy poczekać na powrót taty.
tata wraca, zaczyna zaglądać do złośliwego urządzenia. elf staje obok niego i oskarżycielskim tonem mówi do mnie:
- nie umiałaś napjawić. tata tejaz musi...
no cóż, nie wykazałam się...
mam pewien pomysł. plastyczno - bajarski. na razie to projekt tylko w głowie. wczoraj usiadłam z kartkami i ołówkiem w ręku, by bardziej go urealnić. traf chciał, że z ołówkiem szuwara, dość charakterystycznym, bo z nakładką na końcu.
elf podszedł do mnie, zerknął co robię, spojrzał CZYM to robię i z wyrzutem rzekł:
- to jest szuwaja.
po czym zabrał mi ołówek i sobie poszedł... i weź się tu człowieku realizuj twórczo... :)) |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2009.04.18 17:49
koło czasu
|
dawno, dawno temu, w odległej galaktyce, gdy byłam jeszcze piękna i młoda i dopiero zaczynałam się rozsmakowywać w pierwszych kęsach oficjalnej dorosłości - mój starszy brat spotykał się wtedy z dziewczyną o 11 lat od siebie starszą.
gdy spytał kiedyś co mógłby kupić jej w prezencie na mikołaja, z właściwym dla siebie kąśliwym wdziękiem, odrzekłam, że może krem przeciwzmarszczkowy... panna K. miała wówczas 35 lat...
no, ale ponieważ we wszechświecie wszystko kiedyś do nas powraca, to się doigrałam.
zwykłe kremy nawilżające zamieniłam na swej półce na odbudowujące, wypełniające, napinające... nocna regeneracja, poranne wygładzanie. jeden krem pod oczy na noc, drugi - likwidujący worki - na dzień. maseczka +35, +40, krem architekt skóry... wklepuję, wcieram, nakładam... modeluję owal twarzy, likwiduję zmarszczki...
czy tak już do końca życia? czy też przejdzie mi za jakiś czas, gdy zmarszczek będzie już tyle, że przestanie mieć znaczenie stopień pofaldowania skóry?... |
|
mieli coś do powiedzenia:
4
|
|
2009.04.06 14:35
no i małe podsumowanie
|
siedziałam cicho, żeby nie zapeszać.
ale mam już efekty, więc się pochwalę.
za mną 6 tygodni odchudzania. jestem na diecie popularnie zwanej ŻP (żryj połowę), w moim wykonaniu przypominającą ŻĆ (żryj ćwierć). jem wszystko - w dużo, dużo mniejszych ilościach niż dotychczas. przestałam słodzić herbatę, piję więcej płynów w ciągu dnia. rzadko jem słodycze - ale od czasu do czasu sobie pozwalam na kawałek czegoś wysokokalorycznego :)
i ćwiczę. zmotywowana poczynaniami przyjaciółki - robię rano i wieczorem serię brzuszków. zaczynałam od 10... teraz bez problemu jest ich 50. czasem udaje mi się dociągnąć do 100 (tutaj puchnę z dumy :D).
efekty? 25% zaplanowanego spadku wagi. tak, tak - 1/4 za mną... różnicę widzę zresztą nie tylko na wadze. spodnie, które do niedawna były w sam raz - teraz ściągam z tyłka bez rozpinania guzika...
no, to się pochwaliłam :))
proszę o dalsze trzymanie kciuków... |
|
mieli coś do powiedzenia:
5
|
|
2009.04.06 14:25
biedroneczki są w kropeczki...
|
i to chwalą sobie...
w przeciwieństwie do naszej biedronki, która marudzi, jęczy i źle się czuje.
szuwar ma ospę. wysypało go bardzo, bardzo, bardzo mocno... i jest taki biedny... (swoją drogą - biedne to nasze szuwarzydło - niecały miesiąc temu rumień zakaźny, teraz ospa...).
a nasze plany wyjazdu na święta do warszawy stoją pod znakiem zapytania. dziś będę rozmawiać z lekarką... zobaczymy...
codziennie natomiast w trakcie smarowania szuwara - elf stoi z boku i krzyczy - ja nie chcę smarowania!
:) biedny elfiku... pewnie jak szuwar się podkuruje to ty zaczniesz przypominać biedronkę. albo panterę. w każdym razie - zwierzę w plamki... |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2009.04.03 23:58
zmór nocny
|
czai się w mroku. czeka. cierpliwie.
nasłuchuje czy nasze oddechy stają się równe... czy sen już nas morzy...
wkrada się wtedy do sypialni przez lekko uchylone drzwi, bezszelestnie wskakuje na łóżko. trwa w oczekiwaniu, przycupnięty na skraju koldry.
gdy ma już pewność, że śnimy - zaczyna ugniatać. uwierać. wwiercać się. i udeptywać.
rozciąga się jak długi - spychając mnie coraz bliżej poduszki, śpię w pozycji embrionalnej, podświadomie pewnie broniąc się przed jego ekspansją.
strach jest wysunąć nogę na zewnątrz - zawsze może się zdarzyć, że znajdzie się w polu jego zainteresowania. jego pazurów bądź kłów.
nad ranem zaczyna mruczeć. czeka niecierpliwie, aż ślubny wstanie do pracy (a gdy nie wstaje - zaczyna hałasować). rozciąga się wtedy z uwielbieniem na wolnej części materaca. i łeb czarno-biały podsuwa pod moją dłoń - do głaskania.
przecież po to się ma koty - żeby je głaskać, prawda? |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2009.03.29 20:05
zębuszka
|
była u naszego syna w zeszłą niedzielę, po tym jak samodzielnie usunął sobie dolną lewą jedynkę.
zostawiła pod poduszką 5 zeta... skąpiradło :)
dziecię forsę przepuściło na balony... |
|
mieli coś do powiedzenia:
6
|
|
2009.02.26 17:39
dorastania ciąg dalszy...
|
szuwarowi zaczął się ruszać pierwszy ząb.
będziemy mieć w domu szczerbula :)
|
|
mieli coś do powiedzenia:
4
|
|
2009.02.23 11:30
zmiany, zmiany, zmiany...
|
jakby było normalnie i zwyczajnie, to chyba by było nudno...
ślubny zmienił pracę, dziś pierwszy dzień wśród nowych ludzi, u nowego szefa... mamy nadzieję, że będzie lepiej...
nad nami groźba procesu sądowego, jeśli poprzedni szef zdecyduję się na tej drodze dochodzić pieniędzy za naprawę auta... nadzieja tylko maleńka w nas się tli, że skoro składał niemoralne propozycje - czytaj: zachęcał do łamania prawa, dawania lewych fakturi inne takie - nie zdecyduje się jednak konfrontować z nami przed przedstawicielem władzy sądowej... a jeśli mimo wszystko pójdzie do sądu, to na nim będzie spoczywał ciężar udowodnienia, że wypadek był z winy ślubnego (a nie był), że odpowiadał materialnie (a nie odpowiadał), że używał auta prywatnie (a używał służbowo...)...
trzymajcie kciuki...
a tak poza tym, to przewróciliśmy domową bibliotekę do góry nogami, ze trzy półki książek mamy do oddania - a na regałach jak brakowało miejsca na książki tak brakuje nadal... muszę dziś się uporać z porządkiem wśród nich...
i najważniejsze... choć o tym - bardzo cichutko napiszę... żeby nie zapeszać...
wzięłam się za odchudzanie... dużo przede mną, dziś pierwszy dzień... muszę dać radę... muszę dać radę... muszę dać radę... |
|
mieli coś do powiedzenia:
3
|
|
2009.02.23 11:19
i żeby nie było, że zimy w tym roku nie było...
|
bałwan włożył nową czapkę z daszkiem
bałwan czyli zakochany gość
wszyscy patrzą na ten jego kaszkiet
i bałwana często bierze o to złość
razem więc bałwany
przecież się tak nie damy
bo dusza w nas jest
bielutka na fest
przeczekamy wszystko co złe
POD BUDĄ
dzieło moich dzieci, potwierdzające, że zimy śniegowej doświadczyliśmy :)
 |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2009.02.23 11:11
ratunku! dziecko mi dorasta!!
|
-szuwar, nie wkładaj spodni do skarpet, głupio tak wyglądasz...
-mamo - mam swoje życie - i chcę włożyć spodnie do skarpet, dobrze?
czy oby na pewno to TO dziecko skończyło trzy i pół tygodnia temu 6 lat? dopiero 6 lat... |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2009.02.12 13:05
czasem zwija się w maleńką kuleczkę
|
-elfik, śpiący jesteś, chodź spać
-nie jetem piący...
po czym zwija się w maleńki kłębuszek i pozwala odłożyć się do łóżeczka, otulić kołderką i zasypia...
a ja we wzruszeniu wielkim utrwalam tą ufność, to wtulenie, tą rozkoszność snu małego dziecka... |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2009.02.10 16:07
ewolucja strachu
|
jakieś ploteczki przy kawie, opowiastki w stylu "a bo znajoma mojej ciotki to ma kuzynkę, która..." i już otwierają się jakieś drzwiczki w mojej głowie, od dawna na głucho zamknięte, bo przecież takie rzeczy NAM się nie przydarzą... i lęki wypełzły, tłumione od dawna...
przyjrzałam się im na spokojnie, z dystansem. zadziwiającą rzecz dostrzegłam.
ewolucję.
dawno, dawno temu bałam się zdrady ślubnego... że zdradzi, że się zapomni... że ulegnie wdziękom kogoś powabniejszego ode mnie...
później ten strach zmienił się w obawę nie o to, że zdradzi, ale że się w tej, z którą zdradza - zakocha...
dziś ten strach to strach o konsekwencje takiej zdrady. wybaczyć można wiele, tak samo jak wiele zapomnieć... chyba... to, że uległ słabości, że zauroczył go ktoś inny... nawet, że się zakochał. tak naprawdę - wszystko jest jeszcze do odkręcenia, ma szansę na powrót do znanej codzienności...
ale gdy w wyniku zdrady małżeńskiej pojawiłoby się dziecko... ??? które też miałoby prawo do ojca, tak jak nasze mają... nawet nie umiem racjonalnie o tym pisać, szum w głowie się pojawia kolosalny... tkwię tylko w nadziei, że nigdy nie przyjdzie mi doświadczać - ani zdrady, ani jej konsekwencji...
|
|
mieli coś do powiedzenia:
4
|
|
2009.01.31 16:15
nostalgia rozbieranej choinki...
|
zawsze brak u nas chętnego na rozebranie choinki. stoi długo, długo i nikt nie kwapi się, by schować ją na pawlacz.
nie lubię tego robić, smutno mi przy tym. że następne święta dopiero za prawie rok, że światełka już nie będą świecić przyjaźnie wieczorem, gdy gady już śpią, a my tylko we dwoje... że pusto się zrobi i już nie tak uroczyście...
wczoraj zmobilizowałam siły i schowałam.
ale pamiętam jeszcze z lutomi utraconej, jak któregoś roku - zdenerwowany tata, że nikt nie chowa bombek - tak pod koniec lutego zawinął choinkę w folię i wyniósł do nieużywanego pokoju, robiącego za graciarnię. już się cieszyliśmy, że na wigilę jak znalazł - ubrana choinka... ale tata pękł i po wielkanocy ją rozebrał...
dziwnym trafem mój osobisty ślubny przedstawiał w tym roku podobne rozwiązanie... :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2009.01.31 16:09
niech się mury...
|
elfik w pokoiku na podłodze rozstawił plac budowy. stoi mały dźwig, mały spychacz i kopara, również mała betoniara. maleńcy ludzieńkowie z jeszcze mniejszymi łopatami, kilofami, a nawet taczką zasuwają, aż miło patrzeć :)
elf woła dziadka do pomocy. ten przychodzi i pyta
-co ja mam robić?
-pjacować!! - odpowiada elf...
no, cóż... dziadku, to już nie te czasy, że czy się stoi czy się leży...
trzeba pracować :)) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2009.01.20 12:20
już nie na kacu :)
|
ale z całą pewnością mega wypoczęta...
bo na spotkaniu byłam. takim, których kiedyś mnóstwo, a teraz z niedosytem wielkim...
nierozważnie rzucone w okolicach świąt - to może wpadniecie do mnie... potem mobilizacja sił i synchronizowanie wolnych weekendów...
później jeszcze katastrofa w postaci zapalenia krtani u elfa i u mnie atak niewiadomoczego i rozpacz czarna, że nie pojadę, że one tam same, a ja zapłakana w domu zostanę...
i podróż pociągiem z oczekiwaniem wielkim. i spotkanie jedno, drugie, podróż dalsza... i miasto liceum mojego, wagarów moich...
a potem już poooszłooo...
głupawka do łez przeplatana wyznaniami bolesnymi. rozmowy mega poważne w ułamku sekundy przechodzące w śmiech nie do opanowania. wynurzenia tak intymne jak tylko w tym gronie zaistnieć mogły.
i rozmowy, rozmowy, rozmowy... napawanie się swoim towarzystwem wzajemnym. do cna każdą chwilę eksplorowałyśmy, bo świadomość, że nieprędko kolejne takie spotkanie nastąpi chyba każda z nas miała...
poranek nas zastał przy rozmowach, a nam wciąż mało i mało było. rozsądek nakazał jednak odrobinę drzemki, bo auta nie lubią prowadzenia w stanie nieświadomości...
dobrze mi tak było. choć skacowana okrutnie (winem się tak zaprawiłam, winem) - wypoczęłam. oderwałam się od swego kurzego kieratu, nowej siły nabrałam...
i chcę jeszcze... częściej, więcej, bardziej... ze smutkiem stwierdzam, że tu, gdzie mieszkamy - TAKICH przyjaźni nam brak... |
|
mieli coś do powiedzenia:
5
|
|
2009.01.14 15:21
logika
|
wracamy z zakupów. z tylnego siedzenia dobiega nas dialog
szuwar: byliśmy na zakupach...
elf: nie byjiśmy!
szuwar: byliśmy!!
elf: wcaje nie!!!
szuwar: a kto uciekał?
elf: no ja...
szuwar: no to byliśmy na zakupach!
|
|
mieli coś do powiedzenia:
3
|
|
2009.01.06 14:48
ja to mam szczęście...
|
z refleksji szuwara...
-mamo, ty kiedyś nie miałaś męża, prawda?
-prawda...
-ale na szczęście sobie jednego znalazłaś...
no, na szczęście... :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
7
|
|
2009.01.03 00:10
cicho...
|
... bo śpi kocicho... przyłapany nowym obiektywem... :)
 |
|
mieli coś do powiedzenia:
4
|
|
2009.01.02 23:56
duszy artysty...
|
za grosz we mnie nie ma.
niedzielny poranek, szczęśliwa pobytem u rodziców wywaliłam właśnie gady pod ich opiekę i kurcgalopkiem podążałam już do łóżka, by dospać... i ujrzałam mroźną krainę za oknem... ze słońcem z odpowiedniej strony i pod odpowiednim kątem, by skrzące się zdjęcia porobić... i nowy (tak, tak - nowy, choć tylko dla mnie) obiektyw wypróbować...
i na termometr spojrzałam, który minus sześć pokazywał... i do łóżka jednak się udałam... ladnych, skrzących się fotek nie będzie...
ale na osłodę i z życzeniami u progu tego nowego roku, by jego schyłek powitać z poczuciem spełnienia samych siebie - śnieżynka z okna domu, który gdzieś tam, daleko, w miejscu, którego nie ma na mapie...
|
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2008.12.22 15:26
nastrojowo...
|
choinka wystrojona od soboty już przyświeca nam wieczorami swoim blaskiem. wygląda jak... choinka - ze złotymi ozdóbkami, przyciężkim łańcuchem, lampkami, bombkami, aniołkami, cukierkami, śnieżynkami. gdybym ubierała ją tylko dla siebie i ślubnego - zachowałabym minimalizm, prostotę i skromność. ale ubierałam ją głównie dla błysku w oczach gadów. i efekt uzyskałam. elf codziennie wdrapuje się na krzesło z informacją "lolądam ja toinkę"... szuwar nieco z dystansu popatrują na nią co chwila... czyli jest jak miało być :)
i świąteczne nastroje inne nam towarzyszą. w odtwarzaczu - płyta z kolędami gangu marcela. zapach porządków, pakowanych prezentów. zapach pierniczków (nie mój wypiek, ale pachną obłędnie).
i nastrój pakowania, bo jak zwykle na święta wyjeżdżamy. i wigilia będzie przy kominku, a kolędy zaśpiewamy przy dźwiękach gitary i pianina. i już się doczekać nie mogę tego barszczu z uszkami, klusek z makiem, śledzia pod pierzynką...
i życzenia...
tak po prostu i najzwyczajniej - wszystkim zaglądającym, podczytującym, komentującym - życzę wesołych świąt. niech mikołaj o was nie zapomni, a atmosfera przy stole wigilijnym niech sprawi, że będziecie bardzo tęsknić do kolejnych świąt... :)
a jeśli chcecie zrobić mi prezent - w komentarzach zostawcie po sobie ślad, postawioną kropkę chociażby, żebym wiedziała ilu mam czytelników... |
|
mieli coś do powiedzenia:
6
|
|
2008.12.19 12:57
uświadomiony
|
uświadomiłam szuwara. nie, nie w temacie mikołaja/gwiazdora. w temacie seksu.
do tej pory wiedział, że żeby było dziecko, to potrzebni są mama i tata, tata daje nasionka czyli plemniki, mama ma jejeczko - plemniki łączą się z jajeczkiem i w brzuchu mamy rośnie dziecko, które potem się rodzi.
niedawno zaś szuwar spytał dlaczego dziewczynki nie mają siusiaków... (a w sumie to dlaczego nie mają? :) ) wyjaśniłam mu więc, że poniżej dziurki, którą panie siusiają jest druga, którędy dostają się plemniki do jajeczka, a potem jak dziecko urosnie - to przez nią wychodzi na świat.
a ponieważ widziałam zainteresowanie, to stosowną książkę o ciele człowieka wyciągnęłam, pokazałam co i jak jest u panów, co i jak jest u pań oraz wyjaśniłam, że żeby plemniki doszły do jejeczka, to pan musi swojego penisa włożyć do pochwy pani (oj, to wstrętne nazewnictwo) i że jest im przyjemnie i że się przytulają i bardzo kochają i tam plemniki sobie już wypływają...
dziecię wysłuchało, książkę namiętnie pooglądało - najbardziej podobały mu się pokazane fazy ciąży i rosnąco dziecko w brzuchu. kilka dni ciszy zapadło.
wczoraj wieczorem słyszę jak rozmawia ze ślubnym
-a kiedy ja będę miał dzieci?
-za kilkanście lat - odpowiada ślubny (z nadzieją)
-będę się musiał położyć do łóżka z dziewczyną...
no, podejrzewam, że nikt go nie będzie zmuszał do tego, sam się będzie dopraszał :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
3
|
|
2008.12.19 12:45
zaduma prezentowa nad naturą idkocie...
|
dzieciństwo nie rozpieszczało mnie drogimi zabawkami. kryzys, stan wojenny, peerelowskie pustki w sklepach... dostawałam czasem bardzo praktyczne rzeczy, czasem nie, czasem jakieś fajne gadżety... różnie bywało. ale do tej pory pamiętam, że marzyłam o barbie, dostępnej ówczas tylko w pewexie za dolary.
na te święta mam sobie wymyślić jakiś prezent od rodziców i ślubnego. i siedzę i dumam i nie umiem... bo może jakieś błyskotki, kocham srebro... ale już po chwili przychodzi refleksja - tyle już tego mam, nie noszę, bo okazji za wiele nie ma... bez sensu... no to może jakiś gadżet do domu, kuchni, coś praktycznego... i ganię się za tę myśl - to ma być prezent dla mnie, wiem, że przykro mi się zrobi jak rozpakuję pod choinką na przyklad pościel. dobra, to książka... ale najpierw miejsce na półkach zrób (myślę sobie od razu), bo zatoniecie, jużciasno na regałach... aparat ma swoje potrzeby, ale on z tych wymagających - lampa kilkaset złotych, obiektywy z dobrym światłem podobnie... nie śmiem proponować takich prezentów, gdy wiem jaka jest nasza sytuacja (niech dunder świstnie szefa ślubnego...)...
pat, normalnie pat... chciałabym coś z wyższej półki, tylko dla mnie, a jednocześnie nie umiałabym tak tylko dla siebie tyle kasy... i jednocześnie wiem, że coś tańszego, praktycznego spowoduje smutek podchoinkowy...
i co tu robić z taką idkocie? no co? |
|
mieli coś do powiedzenia:
3
|
|
2008.12.19 12:31
wredota rodziców
|
jako, że wredni z nas rodzice, bezczelnie wykorzystujemy pęd elfa do zostania przedszkolakiem. nie wchodzi dziecku obiadek? jedz, bo nie będziesz duży... nie chce dziecię iść spać wieczorem? śpij, bo jak się śpi to się rośnie, a jak nie urośniesz to nie pójdziesz do przedszkola...
wredne małpy z nas... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2008.12.19 12:28
prostota świata według elfa
|
świat według elfa to świat rządzący się prostymi prawami.
kubek postawiony obok talerza po prawej stronie ma stać tam do końca obiadu, chocby się paliło i waliło.
kaszkę je się jedną i konkretną łyżeczką.
wszystkie zabawki bezapelacyjnie są jego, nawet te przyniesione przez odwiedzające go dzieci.
żeby przywalić starszemu bratu, trzeba najpierw zdjąć mu okulary.
to świat stałych zasad, niezmiennych reguł. świat dosłowności, braku niedomówień, aluzji oraz przenośni.
proste? dla elfa bardzo proste... oto przykłady
rozmowa pierwsza
-ja cie do pećkola...
-ale jesteś za mały, jak podrośniesz to pójdziesz.
-jak ujośnę? i bede duzi?
-tak.
rozmowa druga
-to moje śkajpety?
-tak, twoje
-kupiłeś?
-tak, kupiłam ci
-końciły?
-nie skończyły, tylko wyrosłeś już ze starych, zobacz jaką masz dużą już nogę
-ujosłem? jeśtem duzi?
-tak, urosłeś
-to juś moge do pećkola?...
i hit ostatnich dni... zakopałam się z migreną pod kołdrą w sypialni. po jakimś czasie tabun dzikich zwierząt przegalopował po moim brzuchu. kilka razy przegalopował. po czym zmęczony zaległ na mojej klatce piersiowej...
-wyśpałeś mama? wyśpałeś juś?
-chyba nie miałam innego wyjścia...
elf ze zdumienia aż usiadł... spojrzał na drzwi od sypialni... z zadumą i lekkim zdziwieniem powiedział
-jest wyście... tutaj...
prosty ten świat... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2008.11.25 13:26
a tak w ogóle....
|
to cholernie niesprawiedliwe. jedni jak mają problemy i zgryzoty to modelowo chudną. a inni tyją :(
napisała idkocie wcinając kolejne ciastko maślane w polewie z mlecznej czekolady... |
|
mieli coś do powiedzenia:
9
|
|
2008.11.24 20:00
dzień za dniem
|
jestem, a jakby mnie nie było... spisuję dla pamięci gadanki dzieci, planuję najbliższe zakupy, wieczorem skupiam się na przygotowaniu dla szuwara ubrań do przedszkola.
nie wybiegam w przyszłość myślami, nie planuję nic z wyprzedzeniem, żyję z dnia na dzień. byleby tylko nie zahaczyć w tej przyszłości o problem nasz finasowy, który gdzieś tam będzie miał dla nas finał. pozytywny bądź masakryczny. dla nas. dla naszego budżetu.
ale uciekam myslami od tematu, piszę o bzdetach, myślę o drobiazgach.
jak tonący brzytwy czepiłam się złudnego przeświadczenia, że będzie dobrze, że przecież musi być... że wszystko się ułoży...
wysyłam totka, moje marzenia - złudzenia, liczę na jakiś nieprawdopodobny zbieg okoliczności pozwalający nam wejść w posiadanie kilkunastu (może kilkudziesięciu) tysięcy złotych...
ciężko... |
|
mieli coś do powiedzenia:
6
|
|
2008.11.24 19:50
nieobecny
|
małe noski znów przeciekają. szuwar profilaktycznie został dziś w domu. w czasie drzemki elfa narysował na kartce naszą rodzinę. ślubny z zieloną szczeciną na głowie, ja z brązowym irokezem, elfik z bujną, zieloną jak u ślubnego, fryzurą. i kapslok, chyba w momencie polowania na jakąś wyimaginowaną mysz, bo cały wyprężony. szuwara na rysunku brak.
pytam go, gdzie się podział
- ja? ja jestem w przedszkolu - odpowiada ze śmiechem mój taki już dorosły syn... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2008.11.24 19:46
samochwała w kącie stała...
|
elf buduje sobie zamek z takich sprytnych klocków, gdzie jesli się dobrze ułoży wszelkie spadki i przejścia - po puszczeniu kulki sturla się ona na dół. ponieważ idzie mu to bardzo fajnie i poprawnie (to znaczy widzę, że faktycznie kulka bez przeszkód dotrze na dół) - szeptem wołam ślubnego, żeby spojrzał na małego inżyniera. i słyszymy jak mała gaduła mruczy pod nosem:
- pięknie zbudowałem...
niech żyje skromność :)) |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2008.11.21 21:38
rozmowy z kotem
|
elfie pogaduszki z futrzakiem
po rozkosznej zabawie, zakończonej lekkim podrapaniem, elf najpierw przybiegł do mnie na skargę na kota (wycałowałam i wydmuchałam miejsce pacnięcia łapą), po czym odwrócił się na pięcie i pobiegł do sprawcy. po chwili usłyszałam
- kicioju! nie wojno djapać desia <kicior! łapy przy sobie, bo inaczej pożałujesz!!>
po gwałtownym zderzeniu w przejściu, gdzie jak zwykle na łapach utrzymał się kot, a na tyłku wylądował elfik, usłyszałam
-kicioju! nie wojno tlacać desia <kicior! siedź na miejscu i mnie nie wywracaj, i tak już podpadłeś...>
w czasie zabawy w rzucanie myszką, którą kot, jak rasowy pies przynosi w zębach do dalszego rzucania
-apojt! apojt!
:)) |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2008.11.17 15:00
zaczynam rozumieć wegetarian...
|
scena obiadowa... podałam właśnie przepysznie zgrillowane udka z kurczaka.
szuwar zadaje pytanie
- a to kto to był?
- kto?
-no, ten, kogo teraz jemy...
nie powiem, żebym pozostała nieczuła na tak postawioną sprawę jedzenia mięsa...
|
|
mieli coś do powiedzenia:
4
|
|
2008.11.08 11:52
anielsko
|
od dni paru przyczepiła się do mnie piosenka starego dobrego małżeństwa - bieszczadzkie anioły. nucę ją na okrągło, szuwar też już podchwycił i śpiewamy w duecie.
anioły bieszczadzkie, bieszczadzkie anioły
dużo w was radości i dobrej pogody
bieszczadzkie anioły, anioły bieszczadzkie
gdy skrzydłem cię trącą już jesteś ich bratem
i jakoś tak lżej na duszy mi się robi od tej piosenki, od słów samych tylko - bieszczadzkie i anioły... wiara w to, że będzie ok powraca, że to co kilka dni temu wydawało się sromotną klęską, tak naprawdę zdarzyło się dla naszego dobra... bo powodzenie tamtej sprawy w poważne kłopoty mogło nas wpędzić... więc lepiej, że nie wyszło...
i w dodatku - wróżba tarotowa postawiona za pomocą smsa :) u znajomej wróżki też przywróciła uśmiech i nadzieję...
więc niech będzie tak nadziejnie i anielsko... |
|
mieli coś do powiedzenia:
5
|
|
2008.11.05 22:17
najchętniej...
|
najchętniej zwinęłabym się w ciasną kuleczkę, wsunęła pod kołdrę i ze słuchawkami na uszach przeczekałabym ten ciężki dla nas okres...
jak zwykłe chodzi o kasę... dla nas - ogromną... i nie wiem już gdzie jeszcze modły wznieść, by cała sprawa miała pozytywny dla nas finał...
ciężko mi, kamień u szyi mi wyrósł...
|
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2008.10.30 09:28
przemeblowania
|
już czuję zimę w powietrzu. z kominów okolicznych domów leci w zimne powietrze dym. mój zapach zimy...
a w związku z nadchodzącą zimą - u rodziców moich zmiany. kominek dumnie rozpanoszył się w jednym z pokoi. i na wesołe iskierki można teraz patrzeć. już się doczekać nie mogę, kiedy tam pojedziemy. i zatopię spojrzenie w płomieniach, rozmarzę się, myślami wrócę do ognisk w górach, do dźwięku gitary...
ale kominek spowodował również konieczność przemeblowania i dom rodziców teraz trochę na głowie stanął. a wywrócić go bardziej jeszcze chcemy, by zyskał na funkcjonalności. i dobrze, bo tej pory rodzice oporni w tej kwestii byli :)
a zadanie mam jeszcze jedno. u rodziców ślubnego remont wielki zapowiedziany przez spółdzielnię (wymiana instalacji gazowej - nareszcie, należało się jej) rujnuje cały salon. i też dobrze, bo zmobilizował w końcu do wymiany mebli półwiecznych (nie, to nie antyki jeszcze :) ), która to wymiana od lat w czasie na wieczne nigdy była przesuwana. i siedzę przed kompem i wirtualnie salonów ów mebluję, łamię przyzwyczajenia wieloletnie, przestawiam i wymyślam wariantów kilkanaście, by w gust i zażyczenia osób trzech tam mieszkających trafić... ciężka praca, ale jaka fajna :)
a w ogóle to myśli moje błądzą już wokół remontu naszego, który czeka nas na wiosnę, remontu totalnego, z wyburzaniem ścian i zrywaniem podłóg (fuszerka developera, czkawką w budynku się odbijającą, zapadanie podłog powodująca - na szczęście objęta naprawą gwarancyjną - cały remont nie nasz koszt). i dumam jak tu jeszcze zwiększyć funkcjonalność tych naszych 54 m2, jak tu upchnąć jeszcze dodatkowe szafy tak bardzo potrzebne, jak ukryć górę kurtek z przedpokoju, jak zwiększyć powierzchnię dzieciom nie tracąc sypialni. tylko, że tu brak mi oderwania, dystansu, miotam się i zapętlam w tym co jest już teraz...
ale tak ogólnie - to kocham przemeblowania :)
ps. jakiś czas temu interia wprowadziła lekką zmianę - przemeblowała czcionki na blogu i georgie z ostatniej pozycji przeniosła do środka, alfabetycznie je układając. co ja się naklęłam przez dwie notki, że moją ulubioną czcionkę zabrali i kombinowałam z innymi, żeby podobnie wyglądały... w końcu dostrzegłam zmiany :) ale lubię przemeblowania nadal :-D |
|
mieli coś do powiedzenia:
5
|
|
2008.10.19 21:18
dialogi na cztery nogi
|
tym razem z rozgadanym na maxa elfem.
zobaczył mnie rozebraną, podszedł i z zaciekawieniem spojrzał na moje piersi.
- a to - to to? <co tu mamo masz takiego dziwnego tu z przodu?>
- tu są cycusie, tu było kiedyś dla ciebie mleko - pamiętasz?
oblicze elfa rozjaśniło się uśmiechem, jakby faktycznie sobie przypominał...
- ja te tatało!!! <mleko powiadasz... to już się nie wykręcisz - zrób mi kakao> - odrzekło wielce uradowane dziecię... :)
rehabilituję nóżki elfa, wzmacniam jego mięśnie łydkowe. codziennie, kilka razy na każdej nóżce po 20 powtórzeń. żeby jakoś urozmaicić - liczę każde ćwiczenie, a elf chętnie powtarza po mnie.
- siedem - sidem - osiem - ośm - dziewięć - dziwi - dziesięć - szukam!! zawołał elf zawsze skory do zabawy :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2008.10.17 15:32
lęki moje...
|
obudziły się moje największe lęki... upychane najgłębiej, nie wspominane nigdy... takie, które z najgłębszego snu potrafiły wyrwać mnie zlaną zimnym potem, sparaliżowaną ze strachu...
lęki o stratę najbliższych... o śmierć ślubnego, dzieci... straszne lęki...
piszę o nich, bo nie daję już rady... śmierć w sąsiedztwie młodego mężczyzny, męża, ojca malutkiej dziewczynki od trzech dni zaprząta mój umysł... nawet nie próbuję wczuć się w emocje żony, która pozostała... mój własny lęk tak mocno opanował moje emocje... idźcie precz... jakże bym chciała gwarancji... że ślubny będzie zawsze przy mnie, że dzieciom nic się nie stanie...
pamiętam siebie, w 6 miesiącu ciąży elfowej, siedzącą na podłodze z nieprzytomnym szuwarem i wyjącą z rozpaczy, bo nie byłam w stanie otworzyć mu ust, żeby zrobić mu sztuczne oddychanie... a on zapalenie krtani miał, drgawek gorączkowych dostał i ściskoszczęk miał. i się dusił... i odchodził mi na tych rękach...
i ten lęk też wciąż w sobie noszę... i za każdym razem, gdy ślubny się spóźnia z pracy, bo w korkach utknął już czarne wizje mnie ogarniają... i chwile takie jak ta, gdy dowiaduję się o śmierci trzydziestolatka, z którym kilka dni wcześniej piłam sok i żartowałam...
ciężkie to chwile... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2008.10.02 19:39
uwaga! chwalę się!
|
jako, że żal by mi było, że nowy aparat taki nieużywany leży - namówiłam sąsiadkę na sesję zdjęciową z brzuszkiem. bo sąsiadka tak jakby trochę w ciąży jest i w sumie to już ostatni dzwonek na sesję, bo 35 tydzień.
sesja się odbyła, zasiadłam do kompa, co się dało to z fotek powyciągałam, dodałam ładną oprawę w postaci ramek do fotek, jakieś collage porobiłam...
wysłałam sąsiadce. a ona i jej mąż zdjęcia na naszą klasę powrzucali.
komentarze bardzo pochlebne pojawiły się pod zdjęciami, ale dziwić się nie było czemu, bo z sąsiadki cud modelka...
a dziś sąsiadka zapukała. po to tylko, by powiedzieć, że znajoma jej była na 100% przekonana, że ona na sesję u profesjonalisty się umówiła...
no i sobie teraz siedzę i pękam z dumy :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
9
|
|
2008.10.02 13:55
ciemnia
|
oderwałam się ostatnio od rzeczywistości, proces twórczy porwał mnie bez reszty.
poprawiam, ulepszam, wygładzam, ujmuję i dodaję barw. z każdym zdjęciem nabieram wprawy... nie ma mnie, choć ciągle siedzę przy komputerza. fascynuje mnie to, co można wyciągnąć z fotek, jak bardzo inaczej można je przedstawić tylko dzięki zabiegom w cyfrowej ciemni...
pamiętam jak bardzo lubiłam proces wywoływania zdjęć. samą kliszę pozostawiałam fachowcom. ale później zamykałam się na długie godziny w ciemni... naświetlałam, sprawdzałam różne czasy ekspozycji... eksperymentowałam z nakładkami, z podwójnym wywołaniem, ruszałam naświetlanym papierem.
i potem moment oczekiwania, gdy na białej kartce coś się rodziło... delikatny zarys się wyłaniał, ostrzył się obraz, wychodziły detale. i szybko - przerywnik i hop - do utrwalacza... nie przeszkadzał smród chemikaliów... nie zauważało się biegnącego czasu... niemożliwe - 7 godzin minęło?
teraz ciemnię zamieniłam na ekran monitora. wyciągam cienie suwaczkami, poprawiam kontrast, ustawiam poziomy... mam większe możliwości korekcji skóry, kształtu... mogę rozmyć, zmienić kolor, wyszczuplić...
chodź spać, słyszę... jeszcze chwilkę... już druga... naprawdę? ten czas tak szybko leci przy zdjęciach...
|
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2008.09.19 10:43
morskie opowieści
|
wychodzimy na spacer. elf upiera się, że wyjdzie przez zamkniętą furtkę, choć brama na oścież otwarta. przesuwa więc skobelek, otwiera furtkę, wychodzi na chodnik, zaciąga za sobą furtkę... no, ale ten skobelek, do którego elf za żadne skarby z tej strony furtki nie sięgnie... pomyślał więc prze chwilę nasz dobromir, wbiegł do środka przez otwartą bramę, zasunął skobelek i wrócił na chodnik przez otwartą bramę... kurtyna! oklaski!!!
:))) umarliśmy ze śmiechu
a tu pirat, drżyjcie bałtyckie floty - groźny szuwar nadciąga
 z zapałem wyśpiewywał też ulubioną szantę "hej, ho, żagle staw! ciągnij linę i się baw! hej, ho, śmiało steruj statkiem, który jest z papieru..." fajnie było... |
|
mieli coś do powiedzenia:
4
|
|
2008.09.16 13:19
odrobinę morskich wspomnień na poprawę nastroju
|
wróciliśmy już tydzień temu... niestety, kłopoty, które spadły na nas przed wyjazdem nie chciały się same rozwiązać w czasie naszej nieobecności, zdematerializować bądź zamieszkać u kogoś innego... czekały wredoty jedne i obsiadły nas stęsknione...

więc na poprawę kulawego nastroju - garść morskiego piasku, trochę słońca...
po pierwsze - pozwoliliśmy sobie na lekkomyślność, brak odpowiedzialności, ulegliśmy marzeniom (głównie moim) i kupiliśmy cyfrową lustrzankę - pentaxa k200d... od momentu, gdy wzięłam go do rąk wiedziałam, że kocham go miłością wieczną, że jest mój... praca, odgłosy, ostrzenie, szybkość - miodzio...
po drugie - pogoda nam dopisała i mimo niskiej temperatury wody moczyliśmy płetwy w bałtyku, na plaży byliśmy codziennie. 
wypoczęliśmy, nabraliśmy sił. wyrzucałam ślubnego ze zmarzniętymi gadzinami z plaży do pokoju i zostawałam sam na sam ze sobą. jak dostojna matrona zasiadałam na przytaszczonym ze sobą leżaku i napawałam się szumem fal, spokojem, samotnością... mogłabym tak godzinami... po 20 minutach zbierałam swój zmarnięty i zdetwiały nieco tyłek i szłam zabrać się z towarzystwem na gofry, na spacer... 
dobrze nam tam było i żal było wracać, zwłaszcza, że myśli ponure o czekających nas problemach jednak gdzieś na dnie duzszy wciąż się kołatały...
|
|
mieli coś do powiedzenia:
3
|
|
2008.09.09 22:39
facet na T
|
elf rozwija swój język. upodobał sobie głoskę t... w sumie to nie ma się co dziwić - ładna jest, nie?
totam <jak już koniecznie matka chcesz, to powiem to kocham... > ja tu tątam <nie przeszkadzać, nie łazić - sprzata się, nie widać? > ja titam <nie mogę iść jeszcze spać, została mi ostatnia strona do przeczytania... > tata la buty <ojciec nie gadaj tyle, tylko zakładaj buty i już wychodzimy. ile można na ciebie czekać? >
i jeszcze dialog ze spaceru: -tam? <mamo, spójrz, jaki zajefajny plac zabaw, pójdziemy tam? proszę, proszę, proszę!!!!> -nie, idziemy gdzie indziej -temu? <ty naprawdę nie widzisz jak tam fajnie? ja wcale nie chcę iść gdzie indziej... smutno mi...>
|
|
mieli coś do powiedzenia:
5
|
|
2008.08.30 23:16
pomocy!! ugrzęzłam :))
|
jak co wyjazd pojawia się ten sam problem. pakowanie - moja zmora. jak na razie sprawnie mi idzie miganie się od pakowania. a wyjazd nad morze już jutro. trzymajcie kciuki za ładną pogodę :)) |
|
mieli coś do powiedzenia:
4
|
|
2008.08.29 23:34
już był w ogródku, już witał się z gąską...
|
czyli bajka o tym, jak nie spełniają się marzenia. smutna bajka...
kilka dni temu na fali przygotowań do wyjazdu nad morze oraz z okazji, że mieszkanie wymarzone poszło w ręce kogoś innego - udało mi się przekonać ślubnego do zakupu mojego wymarzonego aparatu... znalazłam w necie fajny zestaw w mniej fajnej cenie, ale pomyślałam, a co tam - raz się żyje... aparat nie został jednak zamówiony, gdyż ponieważ ślubny mój ukochany przekonał mnie, że lepiej wydać 30 złotych więcej, ale kupić aparat na miejscu, bo jak jakaś naprawa czy cuś to łatwiej podjechać niż wysyłać pocztą. ta poczta mnie przekonała i uległam. gdybym nie uległa dziś aparat dostałabym do rąk. zapłacone, dostarczone - finito, nie ma odwrotu... a tak pewnie nie dostanę go wcale... bo raz - aparatu do sklepu nie dowieźli, będzie w poniedziałek, a w poniedziałek to my już nad morzem bedziemy, a dwa - ślubny raczył był dziś służbowe auto wmeldować na słup... ślubnemu nic nie jest, gorzej z autem, które bez autocasco nieco drogim sprzętem do naprawy się stało... a my jeszcze nie wiemy czy szef okaże ludzkie oblicze czy też wszystkie koszty naprawy spadną na nas...
kuźwa, kuźwa, kuźwa - że sobie tak nieparlamentarnie pozwolę...
ślubny co prawda twierdzi, że już załatwił, aby kurier ze sklepu dowiozł nam aparat nad morze... ale mój durny rozsądek podpowiada mi, że kupowaliśmy za dwa tysiące rzecz absolutnie do niczego - poza moją satysfakcją - nam nie potrzebną. a w obecnej sytuacji, to szczytem głupoty byłoby wydać tyle kasy...
ale dusza moja krzyczy, że on miał być mój, mój, mój... źle mi z tą moją dorosłością, odpowiedzialnością i rozsądkiem... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2008.08.26 18:34
i ja tam byłam, miód i wino (w dużych ilościach) piłam...
|
a przede wszystkim - świetnie się bawiłam :))
dzieci porzuciliśmy w piątek bez żadnych obaw, wyrzutów sumienia bądź skrupułów. odjechaliśmy w siną dal szczęśliwi, swobodni, otuleni błogą ciszą i kojącym warkotem silnika... i wcale nie tęskniliśmy przez te dwa dni nieobecności, bo i tęsknić nie było kiedy. noc przegadana przed weselem wcale nie zaowocowała worami pod oczami, ranek niespieszny (do czasu) pozwolił na perfekcyjne (powiedzmy) fryzury, makijaże i stroje. droga do kościoła upłynęła pod hasłem "co zrobić, żeby ją odwieść od popełnienia tego błędu". a potem się zaczęło. spotkanie przyjaciół, totalna wpadka z ryżem (którego zakupiliśmy kilogram, a którym obrzucanie młodych ksiądz określił jako nieporozumienie), przyjazd przepięknej panny młodej w towarzystwie fantastycznego pana młodego... w kościele, niczym loża szyderców, zasiedliśmy w ostatniej ławce, co chwilę coś komentując... a potem? potem roznieśliśmy parkiet w drzazgi. zdarliśmy podeszwy w butach, wypociliśmy kilka litrów potu, wypiliśmy jeszcze więcej litrów alkoholu... w czasie wesela zdążyłam się upić, dobrze bawić, wytrzeźwieć i nadal się dobrze bawić, znaleźć czas na zwierzenia, czarować pana młodego oraz brata panny młodej, dziwić się, że młodzież tak liczna na weselu siedzi za stołami... a potem padliśmy wszyscy w autobusie, który o czwartej nad ranem odwoził nas na nocleg... i żal było wyjeżdżać, rozstawać się, gdy jeszcze milion pytań było do zadania, gdy panna młoda jeszcze nie wszystko zdążyła nam opowiedzieć (przy czym wcale nie interesowała nas cena sukni :) ). i niedosyt wciąż czuję... i łudzę się, że może już niedługo znów powtórzymy spotkanie w podobnym, może trochę nawet szerszym gronie...
ps. dzieci przeżyły bez nas. rodzice moi z naszymi dziećmi również. tylko jakoś nie garną się do kolejnej opieki :)) |
|
mieli coś do powiedzenia:
3
|
|
2008.08.22 16:24
wreszcie krzyknęli: odjazd! gotowe!
|
spakowana już jestem do wyjazdu. wielka paczka z prezentem dla przyjaciółki (od przyjaciół wielu) z okazji jej wesela czeka w przedpokoju... to powód naszego wyjazdu. najpierw tylko musimy odwieźć gadziny do moich rodziców na 3 prawie dni... kota już sprzedaliśmy bratu (śpi u nich w umywalce - czemu? nie wiem, spodobało mu się tam). i wyjedziemy. SAMI. po raz pierwszy razem, ale sami. bez dzieci. i wciąż nie mogę w to uwierzyć, że pogrążę się dziś w nocnej rozmowie i nie będę musiała myśleć o porannej pobudce urządzonej przez dzieci (które działają chyba na energię słoneczną). jedynym zmartwieniem tylko mogą być jutrzejesze wory pod oczami... ale co tam wory, jak dzieci nie będzie... sami, sami, sami, saaaaaamiiiiii..... :)) |
|
mieli coś do powiedzenia:
3
|
|
2008.08.21 21:29
fiksum dyrdum
|
jako, że ciasno się zaczyna nam robić w naszym mieszkaniu, dwie sypialnie tylko uwierają (zwłaszcza gdy zabawek dla gadzin przybywa) - rozglądam się cały czas za jakimś większym lokum... i wiosną znalazłam cudo. 77 m2, mieszkanie, w którym można by wykroić 3 sypialnie. z przepięknym wykuszem w salonie, akurat na umieszczenie tam stołu naszego... za śmieszne jak na ten metraż pieniądze. z terminem oddania na koniec tego roku. w sam raz, by sprzedać nasze mieszkanie, pieniądze wpłacić developerowi, a na wykończenie cuda przeznaczyć oszczędności. nawet umówiłam się z inwestorem, że kasę wpłacę dopiero po sprzedaniu obecnego lokum (nota bene - też kupionego od niego). normalnie sielanka i spełnienie marzeń. już kolory na ściany w myślach dobrałam, umeblowałam kuchnię i poprzestawiałam ściany... zafiksowałam się równo... i co? i nic. dupa blada. naszego mieszkania nikt nie chce kupić. tamto już jest sprzedane. a mi smutno... |
|
mieli coś do powiedzenia:
5
|
|
2008.08.20 18:13
matczyna duma
|
bohaterowie akcji: ja i elf, wiek 2 lata i 7 miesięcy czas akcji: spacer
-mama, pa! ato!! (mamo, spójrz, tu stoi auto) -tak synku, tu stoi auto -a tu dudie ato! (a tu drugie auto sobie stoi) -zgadza się, drugie auto -tetie (a tutaj parkuje sobie trzecie) -<opad szczęki do kolan> tak, trzecie kochanie...
jestem tak pełna dumy, że brak mi słów, by to porządnie opisać... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2008.08.19 15:05
upgrade słownika, wersja 2.7
|
tatazapaplapla - tato zapal światło utel - żółty ser ją adin - zdjąć sandałki pla - plok <z wyraźnym rozdzieleniem na sylaby> - kapslok titooj - kicior (tylko, gdy kot mu podpadnie, np. gdy podwędzi mu jakąś zabawkę) paa - pasztet pipaa (używane namiętnie w stosunku do jedzenia) - ??? (tu jeszcze trwają prace)
|
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2008.08.19 15:00
lubię - nie lubię...
|
nie lubię, gdy mi się kończy nitka 2 cm przed końcem zaszywania...
nie lubię, gdy oferta jakiegoś ośrodka/przedsiębiortwa/zakładu/ sklepu na jego własnej stronie www jest nieaktualna...
nie lubię, gdy potowry się kłócą o byle pierdółkę...
nie lubię, gdy wiesza mi się net co 2 minuty...
ale za to...
lubię patrzeć na szuwara, gdy ten kołysząc się z upodobaniem słucha marka bilińskiego, starego dobrego małżeństwa, odfielda i ostatnio joe cockera z jego niezrównym summer on the city...
lubię, gdy gady szybko i w pełni samodzielnie zasypiają wieczorem, dając nam wieczory tylko dla nas...
lubię wtulać się w ślubnego...
|
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2008.08.19 13:19
oto cała ja
|
wróciłam z innego świata, wpadłam w wir domowo - spacerowy (ach! ten luz w miejscu, którego nie ma na mapie - idźcie dzieci na dwór), do komputera mnie przyssało w celu tylko jednym - znaleźć miejsce na wrześniowy pobyt nad morzem. późno, bo późno ślubny dostał od nowej szefowej gwarancję urlopu, a jeszcze później ustalił z nią termin. a jak już dostał i ustalił, to okazało się, że wcale nie jest łatwo...
ofert w necie - pięć milionów. albo i więcej. ograniczamy więc zakres do kilku zaledwie zachodniopomorskich miasteczek. wiemy dokładnie czego chcemy, więc nie powinno być problemów z selekcją. lodówka i łazienka w pokoju, na terenie plac zabaw dla potworów, nie za drogo, w miarę blisko do plaży, ale bez przesady - piasek nie musi się nam wsypywać przez okno przy podmuchach wiatru. proste, nie? ośrodki, pensjonaty, kwatery, domy gościnne, wille i te wszystkie inne nadmorskie cuda mają swoje strony w necie, ja z guglarką dogaduję się dobrze - nic, tylko usiąść, wybrać, zadzwonić, wpłacić kasę i szykować się do wyjazdu.
nic bardziej mylnego... jak już jest strona, to okazuje się, że albo nie ma na niej cennika wcale, albo jest pozorny - to znaczy jest podstrona cennik, ale całkiem pusta, albo jest całkiem nieaktualny... miejsce, w którym byliśmy w zeszłym roku i w którym bardzo nam się podobało i w które chcieliśmy pojechać i teraz - podniosło swoje ceny o 30%... dla nas dużo. inne miejsca za pobyt wrześniowy wołają więcej niż te skromniejsze w sezonie... 150 złotych za pokój 4-osobowy we wrześniu to lekkie przegięcie...
wreszcie znalazłam... pobierowo... 250m do plaży, ogrodzony teren z piaskownicą, lodówka tuż obok pokoju... za 75 zł... zadzwoniłam, umówiłam się na ostateczny telefon wieczorem. przez cały dzień szukałam jeszcze, bo może coś z placem zabaw albo coś... w końcu przed 22 zadzwoniłam, potwierdziłam. wymusiłam na panu podanie mi nr konta, bo on przedpłatę chciał, żebym przelewem pocztowym mu wysłała... skończyłam rozmawiać i wróciłam do kompa... wcale nie po to, by robić przelew... ja dalej szukałam, bo może coś lepszego... bo to może nie był dobry wybór... cała ja - pełna wątpliwości. w chwili podejmowania decyzji. i po podjęciu jej - jeszcze bardziej niezdecydowana...
a najśmieszniejsze to to, że znalazłam. kwaterę również w pobierowie. bliżej plaży. z lodówką i kuchenką w pokoju. i z fantastycznym palcem zabaw w najbliższym sąsiedztwie. za 70 zł... tyle, że to pokój 3-osobowy, ale to dla elfa weźmiemy materac dmuchany i tyle :)) byleby okazało się fajnie, bo oczywiście siedzę znów pełna wątpliwości... choć już nic zrobić nie mogę, bo gnana rozsądkiem wpłaciłam już kasę...
cała ja... |
|
mieli coś do powiedzenia:
3
|
|
2008.08.05 17:39
kobieco
|
na zesłaniu jestem. tkwię w miejscu, którego nie ma na mapie, na gości czekam, lenistwu swobodnemu się oddaję iw lekturze lekkiej, iście wakacyjnej, się zatapiam.
oto cytat, który urzekł mnie niezmiernie, mnie - kobietę po trzydziestce, mnie - kobietę, która systematycznie już usuwa siwe włosy z czupryny, mnie - kobietę ze zmarszczkami (ale mimicznymi, jakby co...)
"kobiety z jej sfery za życia mają tyle, na ile wyglądają, bezpośrednio zaś po śmierci osiągają wiek czcigodny. reszta ich metryki jest ich osobistą sprawą. nawet książę w to nie wnika i umiera w nieświadomości" dominika stec "mężczyzna do towarzystwa"
ładne, prawda? |
|
mieli coś do powiedzenia:
7
|
|
2008.07.26 13:48
wyzysk
|
jesteśmy u rodziców, szuwar od pół godziny jęczy babci w kuchni, że chce jej pomagać. dostaje w końcu krajacz do frytek i z dumą bierze się za oprawianie ziemniaka. po chwili przychodzi elf. słyszymy jak szuwar mówi do niego -MUSZĘ robić frytki, bo babcia mi KAZAŁA... babcia - wyzyskiwaczka :)) |
|
mieli coś do powiedzenia:
6
|
|
2008.07.25 18:07
szanujmy wspomnienia...
|
kto by pomyślał, że tyle ze sobą wytrwamy. lat dobrych, kiepskich, lepszych, wspaniałych... chwil gdy żyć bez siebie nie umieliśmy i takich, gdy nie chcieliśmy się widzieć. słów szeptanych z czułością całe naręcza... i takich wykrzykiwanych z wściekłością również... 15 lat... zaczęło się tak niewinnie, w bieszczadach... coś zabłysnęło w moim sercu wtedy, w sercu ślubnego również. słodko było w tych górach naszych ukochanych. tak słodko i dobrze, jak może być tylko ludziom zakochanym w sobie od pierwszego wejrzenia. skóra bardziej napięta na dotyk wrażliwsza... serce bijące w przyspieszonym rytmie... i chwile wspólnie spędzone pełne obezwładniającego napięcia... zdawało się, że szans nie mamy by przetrwać dłużej niż trwają beztroskie chwile wakacyjne... że proza jesiennych obowiązków i odległość w naturalny sposób zakończy tę znajomość dziwaczną trochę. a jednak trwaliśmy razem. na przekór kilometrom. wbrew logice. byliśy ze sobą. dla siebie. miesiące, lata... wciąż jesteśmy. od tak dawna, że właściwie od zawsze... jak łyse konie się znamy... i dobrze nam tak razem. i niech tak pozostanie... |
|
mieli coś do powiedzenia:
3
|
|
2008.07.24 17:20
lubię...
|
lubię, po prostu lubię. zapach mokrej ziemi, najlepiej tuż po deszczu. lub w trakcie. lubię zapach kropel wsiąkających w rozgrzaną glebę. czuję wtedy obietnicę, nadzieję, zapowiedź czegoś ważnego, wymagającego szacunku. w dzieciństwie uwielbiałam schodzić do piwnicy, żeby wybierać z kopczyka ziemniaki pachnące tak cudnie. lub szłam plewić grządki, gdy ziemia tak świeżo wilgotna własnie była. bo bardzo lubię pachnącą, mokrą ziemię... bardzo... |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2008.07.23 20:57
satysfakcja
|
dostałam dziś pod opiekę synka sąsiadki. miłe dziecko, szuwar lubi z nim spędzać czas. okazało się tylko przy nieco dłuższym pobycie, że tam gdzie wg mnie moje dzieci już dawno przekraczały granicę cierpliwości - to dziecko sąsiadki zaczynało się dopiero rozkręcać. robił co chciał, nie reagował wcale na żadne zakazy... spacyfikowałam go wreszcie, w końcu pedagog jestem, ale miło sobie uświadomić, że są dzieci, przy których nasze własne wydają się aniołkami.
kto by pomyślał, taki pierdół, a ile satysfakcji :)) |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2008.07.22 14:54
blondi
|
blondynkowatość to nie kolor włosów. to stan umysłu. zdecydowanie. a ja blondynką bywam ostatnio często... za często...
rzecz dzieje się u rodziców. do drzwi szafki przyklejony jest uchwyt na telefon. w uchwycie telefon. telefon podłączony kablem do ładowarki. -nie mogę wyciągnąć plastra, bo nie mam jak otworzyć szafki przez ten głupi kabel. trzeba czekać aż się telefon naładuje - mówię do ślubnego -jak to nie możesz? przecież możesz... - odpowiada ślubny -jak? -wyjąć telefon z uchwytu i odłożyć na bok?
może przestać się już ukrywać i przefarbować włosy? |
|
mieli coś do powiedzenia:
3
|
|
2008.07.17 13:31
słownik polsko - elficki, wersja 2.6.1
|
w słowniku elfa stanowcze NIE zostało wyparte przez zaborcze MÓJ. mój grrr (mój ogórek), mój mo (mój pomidor), mój miii (mój miś), mój mama... na szczęście dziecię moje (mój?) młodsze zrezygnowało już z narzecza staroelfickiego, do którego brakowało nam wiecznie translacji i przeszło w dialekt bliższy językowi używanemu przez nas, choć nadal ma on sporo naleciałości języka bejbisiowego. oto próbka: -pla, pla.... -co kochanie? co pla? nie rozumiem... -pla.... miau pla nooo (z wymownym wskazaniem na część twarzy) -aaa.... kotek noska ci podrapał? -taa, booo... -wiem, że boli, choć cię przytulę...
prawda, że to proste?
|
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2008.07.16 13:36
zegarowo
|
szuwar na zegarku się zna. ale tylko takim z wyświetlaczem. wskazówkowy to dla niego ciągle czarna magia. choć się stara. dziś na spacer założył właśnie taki zegarek ze wskazówkami. -mamo, jest pierwsza po szóstej! -pokaż... faktycznie :)
kto wie, która była godzina? (zegarek niekoniecznie był nakręcony, ale dziecko godzinę odczytało prawidłowo :) ) |
|
mieli coś do powiedzenia:
4
|
|
2008.07.16 13:26
na bajkowej fali
|
z monologu szuwara -wiesz mamo, chciałbym się przenieść do krainy mininków. fajne przygody bym tam miał... i w wirówkę bym wpadł... tylko bym musiał się spakować. moje ubrania. i zabawki wszystkie. i lekarstwa moje. i pastę do zębów. i szczo... nie, nie pasty nie - oni tam nie myją zębów... |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2008.07.05 10:48
spod palców spłynęły mu dźwięki gitary...
|
...i słowa nieznane, choć bliskie.... bo zagrał swą balladę, a w niej zamknął echa gór bo zagrał swą balladę, górskich potoków szum...
gitara zawsze urzekała mnie swym brzmieniem. melodie wygrywane na strunach chwytały mocno za serce i długo tkwiły w głowie. piosenka turystyczna, poezja śpiewana... bez mrugnięcia okiem potrafiłam zakochać się w chłopaku o miłym głosie i sprawnych giarowo palcach...pamiętam bieszczadzkie wieczory, gdy wsłuchiwałam się w teksty, w ballady śpiewane na wiele głosów... dźwięki szarpanych kawałków metalu rozrzewniały, wprowadzały w nastrój sprzyjający marzeniom... od dni kilku w domu słychać stare, dobre piosenki starego dobrego małżeństwa, wolnej grupy bukowiny, naszej basi kochanej... któż pamięta jeszcze kto to był... czy czytelne są jeszcze dla kogoś takie nazwiska jak stachura lub bellon? a ja słuchając ich utworów marzę o górskich szlakach, o nocy spędzonej przy blasku ognia w ciepłych ramionach... rozczulam się słysząc "pejzaże harasymowiczowskie", bo lat temu sporo ćwiczyłam na nich swój głos w bieszczadach... lub słynne "jak" - bo nie znając tekstu jeszcze zbyt dobrze nadinterpretowałam go sobie i słyszałam "jak lizać rany TE NIE zadane" zamiast "celnie zadane" i tak bardzo przeżywałam, że to taki głeboki tekst :))
ach, rozrzewniłam się, w nastrój górsko-balladowy wpadłam, starsze dziecię już nuci pod nosem teksty SDM, a mi żal, że nie nauczyłam się grać na gitarze...
|
|
mieli coś do powiedzenia:
3
|
|
2008.07.03 19:05
niech żyje wolność!
|
przyrosłam do swego macierzyństwa już trwale. gdy dziś pozostawiłam dzieci u bratowej, a sama udałam się na badania kontrolne na onkologię czułam się, jakby mi coś amputowano... żadnego wózka do pchania, żadnej łapki do trzymania... dziwne...
na szczęście szybko się otrząsnęłam i kiedy niespodziewanie się okazało, że badania poszły sporo szybciej niż miałam je godzinowo rozplanowane - dostałam w prezencie od losu ponad godzinę tylko dla siebie. jako, że w badaniach nic raczej niepokojącego nie było, to humorek mi dopisywał. umówiłam się ze ślubnym skąd mnie zgarnie wracając z pracy i postanowiłam zrobić coś dla siebie...
w taki sposób trafiłam do maleńkiej kawiarenki na obrzeżach rynku poznańskiej starówki z cudownym ogródkiem na tyłach lokalu... maleńki tarasik cały obrośnięty dzikim winem, cztery zielone ściany i częściowo zielony sufit z liści... maleńkie stoliki ze świeżymi kwiatami w wazonach, cień i chłód (jakże utęskniony w tak upalny dzień)... i cisza... spokój... żadnego gwaru ulicy, żadnych przejeżdżających aut... dopełnieniem wszystkiego była cudna kawa mrożona z syropem waniliowym... byłam ja, kawa, liście delikatnie szumiące... i książka, którą niespiesznie czytałam...
jak to pełnoetatowej matce niewiele do szczęścia potrzeba... godzinka wolności... |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2008.07.03 18:55
dorosłość??
|
w czasie ostatniego weekendu zostałam sprowokowana do udzielenia precyzyjnej odpowiedzi co myślę, jak słyszę dorosłość... i miałam z tym spory problem. to znaczy wiem co myślę - to wolność obarczona olbrzymią odpowiedzialnością za swoje czyny, to obowiązki, to podporządkowanie się regułom społecznym i oczekiwaniom wobec nas, uważanych przez otoczenie za dorosłych... i mhmmm... tak na chłodno to chyba spełniam własne normy dorosłości... tyle, że to tak trochę obok mnie... absolutnie się dorosła nie czuję :)) a rozmyślania zostały sprowokowane, ponieważ przyczyniłam się nieco do powstanie pewnej pracy doktorskiej, udzieliłam wywiadu znaczy się. i to udzielanie się związane było z pewną przemiłą wizytą, pełną rozmów niekoniecznie już do doktoratu i pełną zabawy naszych dzieci... szuwar od rana w sobotę już dopytywał - kiedy przyjadą z częstotliwością równą pytaniom osła ze shreka gdy jechali do zasiedmiogórogrodu. a mniej więcej godzinę przed przybyciem gości odbyliśmy dialog: -mamo, musisz mnie przebrać! -ale dlaczego, to ubranie jest w porządku... -ale jest WCZORAJSZE... no tak, dziewczyna przyjeżdżała... :-)) |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2008.06.30 23:32
motywacja...
|
...czyli monk po raz milion pięćset trzydziesty czwarty :) ślubny elfa wykąpał, po czym pozostawił go w brodziku na pluskanie. kabinę tylko zamknął coby rozmiar powodzi popluskowej ograniczyć... i cóż zrobiło nasze wcielenie pedantyzmu? wzięło w garść gąbkę i zaczęło szorować od wewnątrz szyby kabiny ze śladów wody, mydła i kamienia...
ślubny do serca sobie rzecz wziął, przyniósł do domu kwas fosforowy i obecnie kabina, brodzik i wszystko wokół lśnią jak nowe :)) |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2008.06.22 22:19
siedem lat chudych...
|
poprzedni szef ślubnego podsumował jego odejście do lepiej płatnej pracy po równo siedmiu latach przepracowanych w starej firmie - ty to wyznajesz zasadę, że najpierw siedem lat chudych, a potem siedem lat tłustych. :)) dodał również, że bardzo im go już brakuje i że zawsze ma u nich carte blanche... nie powiem, dowartościowało to mojego ślubnego. to, że jego obowiązki przejęło kilka (!!!) osób (mimo tego, że na jego stanowisku już jest ktoś zatrudniony) - również :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
7
|
|
2008.06.22 22:06
chleba naszego powszedniego...
|
skuszona modą ostatnią postawiłam na domowość w ten weekend. i tak oto wyczarowałam w kuchni pełnej cudów domowy majonez (innego ślubny nie chce jadać), domowy smalec - ze skwarkami, cebulą, czosnkiem i jabłkiem. oraz upiekłam po raz pierwszy w swym życiu domowy chleb... pięknie wyrośnięty, z chrupiącą skórką, okraszony ziarnami słonecznika. pachnący do obłędu. jeden bochenek zniknął na śniadanie - dzieciaki tylko prosiły o kolejny kromki. drugi właśnie ze smalcem wykończyliśmy ze ślubnym na kolację... ten aromat, ten smak, ta kruchość skórki... to bardzo niebezpieczna kombinacja... |
|
mieli coś do powiedzenia:
4
|
|
2008.06.22 21:36
a ja wolę moją mamę...
|
zaczęło się kilka lat temu. szanowna rodzicielka moja wsiadła na rower i pojechała z wielkopolski na pomorze zachodnie. coś koło 200 km w jedną stronę... spodobało się jej bardzo i w kolejnych latach zaliczyła na rowerze częstochowę, berlin (z okazji wejścia do unii), gietrzwałd na mazurach, rokitno (ale to w sumie blisko, bo w jeden dzień obróciła :) ). w tym roku pojechała do krakowa. przez częstochowę, jurę krakowsko-częstochowską, wracała przez gliwice. w ciągu 14 dni zrobiła ponad 1000 km jadąc tylko na rowerze. jechała sama, nic nie musiała, nocowała u przygodnie poznanych ludzi. wróciła zachwycona, opalona, wypoczęta... wredna baba będzie ze mnie, bo zdradzę jej wiek - mama ma 63 lata. wciąż jednak jest szalona, niepowtarzalna, kochana i kompletnie nieprzewidywalna :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2008.06.22 21:27
kocie prawdy
|
wyczytane na forum: wady posiadania kota - jak patrzysz na śpiącego kota, to odechciewa ci się każdej roboty.
:) święta prawda. znaczy - kocia prawda :-D |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2008.06.17 22:52
na pokuszenie
|
słodkie, soczyste, uwodzące smakiem i kolorem... sezon na nie jest tak przeraźliwie krótki... a ja co roku ulegam temu smakowi, temu blaskowi na cienkiej skórce... daje się wodzić na pokuszenie... czereśnie z zamkniętym smakiem słońca wewnątrz, z obietnicą pieszczoty podniebienia, z nadzieją na rozkosz smakową... |
|
mieli coś do powiedzenia:
3
|
|
2008.06.13 13:10
kocicho
|
pan kot urósł. zmężniał (choć pozbawiony już został atrybutów męskości). zachwyca wszystkich swą delikatnością, tolerancją dla dziecięcych poczynań, przymilnością i fantastycznie długim ogonem. oto on - kocicho w pełnej krasie
 |
|
mieli coś do powiedzenia:
4
|
|
2008.06.13 13:01
audiofil
|
elf siedzi u mnie na kolanach. właśnie rozpoczyna się ulubiony tomek, więc śpiewam dziecku piosenkę z bajki. elf odwraca się w moją stronę, kładzie mi rękę na ustach i mówi: - mama, nie pie...
a wydawało mi się, że głos mam niezły... wypomnę mu to, jak będzie żądał kołysanki przy usypianiu :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2008.06.13 12:54
jeziorny połów
|
spotkanie rodzinne jak co roku było mniamuśne. za rok jubileusz - X zjazd, obchodzony zapewne będzie bardzo hucznie.
pogoda nam dopisała, była jak na zamówienie - ani kropli deszczu, piękne słońce poprawiające humory, gwieździste noce... wyprawy kajakowe "na drugą stronę jeziora", taplanie w przybrzeżnych szuwarach. i połów - fotograficzny oczywiście...


 |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2008.05.21 18:52
na chwilę przed odlotem...
|
wyjeżdżamy... jak co roku - na zjazd rodzinny. plucha za oknem i konieczność pakowania nie są w stanie popsuć mi dobrego nastroju...
|
|
mieli coś do powiedzenia:
9
|
|
2008.05.13 16:53
obrazki domowe
|
gdy nocą wtulam się w pościel słońcem pachnącą, pod powiekami zamykam wspomnienia. utrwalam chwile.
obrazek pierwszy
gadziny chcą oglądać bajkę. szuwar siada na sofie i prosi o przykrycie kocem. z drugiego końca sofy elf dopomina się również o przykrycie - dwaj bracia jak lustrzane odbicia siedzą zgodnie pod kocem - obaj ręce trzymają na kocu, a głowy opierają o poduszki. na ławie przed nimi drzemie kot...
obrazek drugi wieczór, gady idą spać. szuwar już u siebie, z umytymi zębami czeka na wieczorne czytanie. ślubny siada na łóżku obok niego z książką w dłoni, a z drugiej jego strony już gramoli się elf, by miejsce sobie umościć pod kołdrą szuwara. opiera się w półsiadzie o poduszkę, ręce trzyma na kołderce i z uśmiechem spogląda na brata. w nogach leży kot - widać lubi słuchać jak się dzieciom opowiada bajki...
obrazek trzeci gady już śpią, a my ze ślubnym stoimy przy umywalce i w równym tempie myjemy razem zęby. na muszli siedzi kot i z niezmiernym zdziwieniem przygląda się naszym poczynaniom...
zapamiętać muszę tę błogość płynącą z tych obrazków, zapamiętać muszę... |
|
mieli coś do powiedzenia:
4
|
|
2008.05.07 08:23
po szuwarowemu
|
na blacie w kuchni leży kilka par rękawiczek jednorazowych. szuwar prosi - mamo, zrób mi rękawiczkowy balonik... proszę... - to są rękawiczki dla mnie do sprzątania, żeby mi się skóra na rękach zagoiła - na dowód wyciągam do niego dłonie z plackami łuszczycy. szuwar spogląda, kiwa głową ze zrozumieniem, patrzy tęsknym wzrokiem na rękawiczki na blacie i mówi z wyrzutem - ale przecież nie masz tylu rąk...
no, na szczęście mutantem nie jestem :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
6
|
|
2008.05.03 11:00
aby język giętki powiedział wszystko co pomyśli głowa....
|
ślubny stoi przy blacie w kuchni i obiera jabłko. niezgrabnie mu to idzie, bo nóż za wielki wziął, a i wprawy brakuje... z drugiej strony blatu stoi na krześle zniecierpliwiony elf - nie może się doczekać deseru. w końcu nie zdzierżył i bardzo stanowczym tonem zakrzyknął: - TATA!!! DAJ MI!!!!
a ja, dopełniając kronikarskiego obowiązku, odnotowuję pierwsze zdanie naszego młodszego syna :)) |
|
mieli coś do powiedzenia:
4
|
|
2008.04.24 14:02
a w sercach wiosna...
|
(jakiś czas temu) szuwar siedzi na kanapie i podśpiewuje pod nosem "zakochana para... tarararara...". lampka ostrzegawcza mi się włączyła, więc pytam ze słodkim uśmiechem na ustach - a w przedszkolu jak śpiewają? szuwar i ...? - ... i jagoda - odpowiada moje synisko... mhm... więc pierwsza miłość ma słodkie, owocowe imię...
... (wczoraj) - wiesz mamo, a dziś w przedszkolu nie było jagódki - pewnie było ci smutno - powiedziałam, świadoma uczuć pierworodnego - nie, bo była waneska - odpowiedziało me dziecię...
mhm... stały to on w uczuciach nie jest... :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
7
|
|
2008.04.22 12:35
czekoladowo
|
upiliśmy się. a raczej opiliśmy. czekoladą w płynie. boską. słodką. przyprawioną. dla dzieci mleczna i biała, dla ślubnego z likierem kawowym, dla mnie z syropem miętowym... rozkosz podniebienia. okazję do świętowania mieliśmy. umowa już podpisana, więc publicznie pochwalić się mogę. ślubny pracę zmienia. na lepiej płatną i z mniejszym zakresem obowiązków oraz odpowiedzialności.
:))
może teraz ten aparat mi się ziści? |
|
mieli coś do powiedzenia:
4
|
|
2008.04.22 12:31
monka odsłona kolejna
|
chorujemy ostatnio nałogowo wręcz. przeszłam grypę, teraz mam anginę. dzieciaki w przychodni czują się jak u siebie w domu. poziom chęci na robienie czegokolwiek w domu spadł już dawno poniżej jakiegokolwiek poziomu. więc odpuściłam jednego dnia syzyfowe prace, olałam kocią sierść wszędzie, niepościelone wyrka. dumna z siebie siedziałam przy kompie, gdy elf stanął w rozkroku między pokoikiem a sypialnią i donośnym głosem oraz natarczywymi gestami zażądał zrobienia porządku... taką żmiję na własnej piersi wyhodowałam... |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2008.04.22 12:25
takie tam...
|
| ostatnie spięcie ze ślubnym pokazało jak bardzo uzależniona jestem w tym co robię od aprobaty innych... nawet gdy pewna jestem swego zdania, to i tak brak akceptacji najbliższych powoduje, że wycofuję się, nie realizuję marzeń... to nawet nie jest brak asertywności... ech... szkoda gadać... |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2008.04.09 14:36
nuda, panie dzieju, nuuudaaa....
|
z koleżanką dawną kontakt nawiązałam. gadulimy sobie od czasu do czasu na gg, opowieści o życiu obecnym snujemy, opowiadamy o latach niewidzianych...
no i wychodzi, że nie bardzo mam czym błysnąć w tym życiu moim. u niej zdrady, rozwód, przeprowadzki, nowy związek... u jej brata, w którym bezzwrotnie podkochiwałam się w czasach liceum - podobny scenariusz życiowy.
a u mnie co?
od 15 lat ten sam partner, od 9 lat ten sam mąż. dwoje dzieci, kot na pokładzie. nawet wydarzenie na miarę opowieści - czyli przeprowadzka z kawalerki na 54 metry kwadratowe - już lekko nieświeże jest. a historie dzieci to nie temat na takie gadulenie...
miłość wzajemna, wsparcie i zaufanie, wspólne, spokojne życie, wspólne plany i marzenia... normalnie nuuuudaaaaa...
:-D
a nie powiem, że nie miałabym nic na przeciw na przykład na takie motyle w brzuchu... mogą być i na widok ślubnego, a co mi tam... :)
ktoś zna receptę?
:)) |
|
mieli coś do powiedzenia:
9
|
|
2008.04.06 17:12
psyche i soma
|
trzymam się mocno. psychicznie daję wszystkiemu radę, bo nie mam innego wyjścia. wszystko pozornie jest ok. tyle tylko, że bardzo często dzień zaczynam i kończę na wzięciu tabletek przeciwbólowych. bo głowa, bo kolano dowolnie wybrane, bo łokieć... mój osobisty wskaźnik poziomu napięcia też ma się dobrze, za dobrze nawet - łuszczyca zagarnia dla siebie coraz większe tereny na ciele... psyche daje radę, soma nie nadąża i szwankuje tu i ówdzie. odczułam to szczególnie mocno dziś w nocy. wczoraj był dobry dzień. ze spotkaniem w gronie, w którym w takiej liczebności dawno nie byliśmy. z super zabawą naszych dzieci. z pizzą, bo szkoda czasu było na gotowanie. z wizytą w kawiarni. i przede wszystkim z długimi, ciepłymi rozmowami, pełnymi zrozumienia, współczucia, przywracania do pionu. to mnie odprężyło, rozluźniło. do tego stopnia, że w nocy, tuż przed zaśnięciem czułam jak napięcie opuszcza moje mięśnie, jak nogi i ręce uwolnione od ciągłego ich napinania same przesuwają się... nie zdawałam sobie nawet sprawy jak bardzo to tkwiło we mnie... jak bardzo ściskało - nie tylko duszę ale i ciało, w sposób czysto fizyczny... czy już będzie z górki? |
|
mieli coś do powiedzenia:
7
|
|
2008.04.04 15:24
znów mnie klepnięto
|
poklepana zostałam przez nifkę, mam napisać o sobie 6 rzeczy dziwnych, śmiesznych, nieważnych...
no to się teraz wyda :) 1. lubię szpinak, w dzieciństwie zjadałam kożuchy z mleka. 2.przeprowadzałam się już z 16 albo 17 razy... już nie zliczę dokładnie. z czego 5 to były takie mega radykalne przeprowadzki. 3. w ciąży chudnę. z szuwarem schudłam 14 kg, z efem tylko 10, no ale z nim chodziłam o 3 miesiące krócej w ciąży. gdybym urodziła jeszcze z 5 dzieci, bez robienia sobie przerw na karmienie piersią (kiedy to nadrabiam zgubione kilogramy) to byłaby ze mnie mega laska :). 4. wszystkie wieszaki w szafie muszę mieć powieszone jednakowo (haczykiem do pleców szafy), a ciuchy na nich wiszą w jedną stronę (tak, aby po wyjęciu wieszaka prawą rękę przód ubrania mieć w swoją stronę). 5. nie spocznę póki nie znajdę po zabawie brakujących części klocków, puzzli, układanek, domino czy innych zabawek. skoro nie zostały wyniesione z domu, nie wyparowały i nie zeżarła ich amba - muszą się znaleźć w pudełku. 6. kawa mnie usypia. dzień witam kubkiem herbaty, kawę pijam wyłącznie dla przyjemności raz na kilka dni. ale za to robię rewelacyjne cappuccino i latte, choć nie posiadam ekspresu ciśnieniowego :))
nie wyznaczam nikogo - choć nie ukrywam, że poczytałabym coś ciekawego i nieważnego o was :) chwytajcie więc za pióra (elektroniczne) zatem... |
|
mieli coś do powiedzenia:
2
|
|
2008.04.04 15:11
NIE!!!
|
ulubione słowo elfa ostatnio brzmi NIE. zjesz kolację? nie. może jednak? NIE!!! a czekoladę chcesz? nie... <tu zdziwiony pyszczek nie bardzo wie, jak wybrnąć :)>
wszystko jest na nie, a jeśli ignorujemy nie i robimy nadal swoje - na przykład kanapkę na kolację , której on przecież nie zje - to mamy modelowy pokaz histerii. ale my się tak łatwo NIE damy :)) |
|
mieli coś do powiedzenia:
3
|
|
2008.04.04 15:06
ciiii.....
|
cicho sza, żeby nie zapeszyć... od poniedziałku szuwar chodzi do przedszkola. panie przeszły szybki instruktaż używania wlewki w razie ataku, upewniły się czy aby nie zrobią mu krzywdy aplikując ją drżącymi rękami i z radością powitały naszego gada po prawie miesięcznej nieobecności w przedszkolu. na razie jest ok, ale tfu... tfu... ja tam w zabobony co prawda nie wierzę (zawsze można odpukać, nie?), ale zawsze... :))
miejsca sobie znaleźć nie mogłam w domu, bo to nerwy ciągle olbrzymie i oczekiwanie czy dzwonić nie będą... oby nic się nie zmieniło w tej materii...
ciii.... |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2008.03.26 10:48
strach
|
święta w tym roku tak jakby trochę odwołane były... choroba szuwara, kolejny atak w wielki piątek już w czasie pobytu u rodziców, w miejscu, w którym takie rzeczy się po prostu nie wydarzają... no i pogoda dopełniła reszty, by nawet śladu po świątecznym nastroju nie było...
święta dla mnie to pewna tradycja, nie przeżycia religijne. to święconka, jajka na wielkanocne śniadanie, tona chrzanu. to sos wielkanocny, który nauczyłam się robić od teściowej. to spokój, cisza i blogie lenistwo. to dom pachnący porządkami... jedzenie było. choć okraszone poczuciem winy - mama większość czasu spędziła w kuchni, bez naszej pomocy. porządki, no cóż... wszyscy je równo olaliśmy.
najgorszy jednak był strach. o szuwara. przez cały czas był pod kontrolą, co chwilę pozostali dopytywali czy aby na pewno ktoś go dozoruje. paradoksalnie najspokojniej było już jakąś chwilę po ataku, gdy zasnął snem głębokim. zostały emocje po samym ataku, ale strach przed kolejnym gdzieś na chwilę umknął.
dziś znów drżę mocniej... |
|
mieli coś do powiedzenia:
11
|
|
2008.03.19 23:59
oswajanie
|
nagle i niespodziewanie zabielił się świat dzisiaj. patrzyłam przez okno na wielkie płatki śniegu lecące z nieba. takie nieprzewidywalne, zmienne i podatne na każdy najmniejszy podmuch wiatru. już, już się wydawało, że obrały ostateczny kierunek spadania - i nagle zaczynały wirować i lądowały zupełnie gdzie indziej...
oswajamy nasze nowe życie, nowe ścieżki wydeptujemy. godzina podania leku ustawiona w komórce, żeby nie zapomnieć. relsed w sypialni, w szafce lekowej, w torebce mojej. jeszcze do auta jeden włożymy i do przedszkola ze dwa zaniesiemy. sąsiadki kochane, zostające czasem z naszymi gadami lub zabierające samego szuwara na zabawy do nich przeszkolić będziemy musieli w używaniu wlewek. nauczyliśmy się już co chwilę kontrolować szuwara, gdy nie mamy go na oku. -mamo, ale czemu ty mnie co chwilę wołasz? -bo się o ciebie martwię -to nie wołaj już mnie więcej. szlaban na komputer, limit na bajki w telewizji. uważać na migające światła, obrazy... sporo tego. i ten śnieg za oknem... |
|
mieli coś do powiedzenia:
10
|
|
2008.03.18 10:01
zabobony
|
wczorajszy dzień taki męczący był. z koniecznością ciągłego kontrolowania szuwara, robieniem tiramisu dla ślubnego na dziś do pracy (postarzał mi się mąż :)) ), zakupami i innymi, codziennymi czynnościami. marzyliśmy oboje, żeby pójść spać razem z dziećmi. tyle, że ZAWSZE takie pójście spać wcześniejsze kończy się nieprzewidzianymi atrakcjami typu któreś dziecko wymiotuje, ma drgawki, coś się dzieje mocno absorbującego. dlatego, żeby nie kusić losu, twardo siedzieliśmy do 23, mimo, że prawie zasypialiśmy na siedząco :) my mamy naprawdę nierówno w tych naszych łepetynach :-D |
|
mieli coś do powiedzenia:
6
|
|
2008.03.18 09:56
brzemię
|
wydawało się nam, że sytuacja już została jako tako opanowana. że leki podawane regularnie zrobią swoje. wiedzieliśmy, że nie mają natychmiastowego działania, ale jakoś podświadomie oczekiwaliśmy, że ataków już nie będzie. nic bardziej mylnego. w niedzielę szuwar spadł z sofy, na której sekundę wcześniej przeglądał gazetkę ze shrekiem, nowym idolem. znów drgawki, znów relsed. i kilka godzin spania po ataku.
do przedszkola szuwar na razie nie chodzi - do czasu aż dojdziemy do pełnej dawki leku plus jeszcze kilka dni dodatkowych. siedzę w domu z dwójką i staram się szuwara z oczu nie spuszczać...te jego ataki są takie ciche... kolejny ciężar dorzucony został na moje ramiona - i aż sama się sobie dziwię - wcale nie jest ciężej niż dotychczas...
tak bardzo się sprawdzają słowa, które powiedziałam do innej mamy w szpitalu. rozmawiałyśmy o jeszcze jednym pacjencie, rówieśniku naszych łobuziaków - z porażeniem mózgowym. ona mocno przejęta wyznała, że chyba nie dałaby rady się opiekować takim dzieckiem. ja jej tylko odrzekłam z uśmiechem, że dałaby radę - nie miałaby innego wyjścia. bo nikt by się jej nie pytał o zdanie. i musiałaby. mnie też nikt o zdanie nie pytał. więc muszę :) |
|
mieli coś do powiedzenia:
3
|
|
2008.03.12 23:15
raport kolejny
|
diagnoza już jest
padaczka włączono farmakologię czekamy |
|
mieli coś do powiedzenia:
8
|
|
2008.03.11 20:32
kuźwa!
|
taaa... właściwej perpektywy potrzebowałam. problemów wydumanych sobie namnożyłam. życie brutalnie sprowadziło mnie do parteru, przypominając o prawdzim strachu, obawach paraliżujących działanie... szuwar znów miał drgawki. oglądał krecika na dobranoc. i nagle zesztywniał i zaczął się zsuwać po sofie w dół. ja właśnie dzwoniłam do pensjonatu nadmorskiego w sprawie rezerwacji wakacyjnej, gdy ślubny przerażonym głosem zaczął mnie wołać... znów relsed, telefon już bezpośrednio na oddział. od 40 minut siedzę w domu jak na jakiejś bombie wybuchowej, miejsca znaleźć nie mogę. ślubny z młodym w szpitalu.
boję się spojrzeć w oczy prawdzie - że to może być padaczka. tak bardzo się boję... |
|
mieli coś do powiedzenia:
7
|
|
2008.03.11 14:55
duma mnie rozpiera :)
|
na bilansie dwulatka z elfem byłam na neonatologii. obejrzany i oceniony został przez psychologa, logopedę, rehabilitanta i lekarza.
i co?
nic :) wypisani zostaliśmy z poradni wcześniaczej!!!!!!
a dodatkowo pękam z dumy, bo iloraz rozwojowy naszego okruszka wynosi 115, co oznacza, że jego rozwój jest wyższy niż wiek metrykalny o jakieś 3 miesiące. czyli nie dość, że dogonił rówieśników urodzonych o czasie to jeszcze ich wyprzedził :))
no ;)) pęknięta z dumy idkocie |
|
mieli coś do powiedzenia:
1
|
|
2008.03.11 14:40
właściwa perspektywa
|
rozmowy potrzebowałam, na tematy trudne i rozdrapujące. o czasach zamierzchłych, mających wpływ olbrzymi na to co teraz, mimo obecnej stabilizacji uczuciowo - związkowej. i wdzięczna jestem, że nie odbiłam się od ściany milczenia czy obojętności, a dostałam to, czego tak bardzo potrzebowałam. wyjaśnienie, zrozumienie, wybaczenie. odpowiedzi na wszelkie, nawet najbardziej osobiste i intymne pytania - nawet na takie, których zadawać nie powinnam. dostałam coś, co pomogło wygrzebać mi się z dołka, a dodatkowo poprawiło moją samoocenę. i bonus rozmowy - właściwa perspektywa spojrzenia na życie i problemy, jakie niesie ze sobą, bo w ucieczce przed tym wszystkim co nas dopadło w ostatnich tygodniach, rozdrapałam coś, co tak naprawdę rozdrapania nie potrzebowało.
dziękuję - głównie za cierpliwość do mojej pokręconej osoby. i za rozmowę. naprawdę jest za co dziękować. |
|
mieli coś do powiedzenia:
0
|
|
2008.03.05 22:49
relacja z placu boju :)
|
starsze dziecię ożyło w poniedziałek - z minuty na minutę widać było jak wstępuje w niego życie. teraz skacze, bryka i wiruje, braknie mu aż tchu, szaleje bez końca bo widzi i czuje że nie ma równych mu! nieeeeee ma równych mu! ;) młodsze dziecię za to zachorzało nam - najpierw zapalenie krtani, a teraz zapalenie oskrzeli. ale duże dziecko idzie już jutro do przedszkola, więc świat nabiera kolorów. dziękuję za ciepłe myśli... |
|
mieli coś do powiedzenia:
5
|
|
2008.03.02 14:10
nasze troski wielkie i większe...
|
nawet nie wiem jak to wszystko zebrać, opisać, ubrać w litery, słowa, zdania... ponad tydzień temu szarpnięcie za ramię o drugiej nad ranem wyrwało mnie nie tylko ze spokojnego snu, ale również ze spokojnego życia... -szuwar znów ma drgawki - usłyszałam od ślubnego - ale nie ma temperatury... zerwałam się, rzut oka na małego. sprintem do kuchni, po wlewkę doodbytniczą z relanium. podałam, ściągnęłam go na podłogę. wezwałam pogotowie. zmierzyłam temperaturę. faktycznie nie miał. to skąd do cholery te drgawki???? ślubnego, który z nim śpi (na szczęście!!!) obudziło rzężenie... młody dusił się własnym językiem. zanim przybiegł po mnie, to najpierw wyciągał mu ten język z gardła... pogotowie podało jeszcze jedną dawkę relanium. i szpital. i szukanie przyczyn. może to po szczepieniu (36 godzin przed drgawkami), może sprawa przepływu w tętnicach szyjnych, może jakiś uraz głowy, może zapalenie opon mózgowych, może padaczka... tych może jest tak wiele... szczepionkę dostał acelularną, więc w teorii nie powinno być odczynu poszczepiennego. KT głowy w porządku, płyn mózgowo-rdzeniowy czysty... EEG głowy jeszcze przed nami, jak i wizyta u neurologa.
a ja w tej chwili mam w domu nie swoje dziecko. zamiast żywej, rozskakanej piłki przywieźliśmy chłopca, który boi się usiąść, bo tak go bolą plecy. który nie je, bo ciągle wymiotuje. którego nawet do toalety musimy nosić... odczyn po nakłuciu lędźwiowym...wrrrr w dodatku każda noc to dla nas horror czuwania, spania snem zająca, żeby nie przeoczyć, nie przespać, gdyby miała być powtórka...
zmęczenie, rozgoryczenie podejściem do małego pacjenta w szpitalu, wyrzuty sumienia z powodu zgody wyrażonej na punkcję... ciężki to czas dla nas... o dobre myśli tylko poproszę...
ps. elf od czwartku ma zapalenie krtani, ja mam migrenę z wszelkimi efektami specjalnymi, a ślubny od udawania, że wcale nie śpi na szpitalnym łózku razem z szuwarem dorobił się zapalenia pleców... |
|
mieli coś do powiedzenia:
8
|
|
2008.02.19 22:55
spotkanie
|
sobota rano. z niepokojem wsiadam do pociągu. trzygodzinna podróż przede mną, w domu pozostał ślubny z gadami. to mój pierwszy wyjazd bez nich... ale wredna matka ze mnie, bo nie tęskniłam. całą drogę zaprzątała mi myśl - jak będzie? szorstka kawa pita w pośpiechu? brak tematów? a może uda się choć iskierkę tego co dawniej obudzić... to już 9 lat minęło, szmat czasu...
wrocławski dworzec powitał mnie jak zawsze - kakofonią dźwięków i smaków. i jeszcze miłym spotkaniem pod zegarem. spacer na rynek, obiad, spotkanie kolejne. i moje odkrycie wrocławskich krasnali, bezceremonialnie panoszących się na rynku i jego okolicach.
a potem ten niepokój przed wejściem do pubu... a później... lokal wypełnił się śmiechem 14 gardeł. 14 ust rwało się do wycałowywania i komplementowania wyglądu, figury (lub taktownie przemilczywało jej brak ;) ). czas zdziwiony takim zamieszaniem przystanął i obserwował przez chwilę. a potem cofnął się do roku 1999. wspomnienia tylko lat przeżytych nam pozostawił kochany staruszek. to była niesamowita sobota. pełna opowieści, zwierzeń, żartowania i życzliwych uszczypliwości. również plotkowania, wszak same baby się spotkały. było jak dawniej - na zajęciach, treningach, obozie. pełno śmiechu i niezwykłej uwagi poświęcanej każdemu. pełno było również powagi, spraw ważnych i wielkich. szkoda, że czas zorientował się w swej pomyłce i wracać trzeba było do codzienności. ale ważne jest to, że nawet brak kontaktów przez tak długie lata nie zburzył tej naszej specyficznej więzi. więzi studentek specyficznej specjalizacji :)
a codzienność moja poradziła sobie beze mnie wyśmienicie :) gady nie były aż tak stęsknione jakby to sobie było można wyobrażać po ponad dobowej nieobecności, ślubny w kość nieco dostał, ale poradził sobie na medal. znaczy się - ja chcę na kolejny wyjazd!! ;-))) |
|
mieli coś do powiedzenia:
8
|
|
2008.02.14 13:57
dzięki aniele...
|
mam swojego anioła stróża - takiego osobistego. czuwa nade mnę, spełnia moje prośby. mam na jego istnienie tysiące dowodów, które w takiej ilości nie mogą być już tylko przypadkiem. zaczęło się 15 lat temu od prośby skierowanej wprost do niego. nie zdałam egzaminów na studia i idąc odebrać papiery i poprosiłam go o jakiś cud, żebym mogła z dumnie podniesioną głową wrócić do domu. i cud się wydarzył. z niewiadomych przyczyn chciało się pani w dziekanacie, która oddawała mi moje świadectwa, sprawdzić nie tylko formularz ogólny z egzaminu, ale również szczątkowe, dla każdego kandydata osobne. sprawdziła. sprawdziła raz jeszcze. kazała mi czekać i gdzieś poszła. wróciła po 3 kwadransach. z informacją, że zdałam, jestem przyjęta. bo formularze się skleiły i zostały mi przypisane oceny osoby zdającej po mnie... potem wiele rzeczy się jeszcze wydarzało różnych, gdzie po mojej prośbie obracało się na dobre dla mnie, dla nas... i elfowi opiekę wypraszałam, jak widać skuteczną (choć elf swojego anioła też ma kochanego).
i dziś, w ten dzień szczególny, do mdłości obrzydzony marketingiem i komercją, ale wciąż pełen miłości - znów poczułam powiew anielskich skrzydeł. dół finansowy mamy. nie taki, że na chleb brakuje, ale taki, że każdy niezaplanowany wydatek powoduje ścisk w żołądku i obawę czy starczy do pierwszego. wczoraj przed zaśnięciem wysłałam prośbę - o jakiś sposób na zaradzenie. może w końcu o zmianę pracy dla ślubnego. albo o jakąś inną możliwość dorobienia. dziś, przed 8 rano ktoś zapukał do naszych drzwi. ledwo ślubny z szuwarem wyszli, elf zagrzebany w kocyku w fotelu oglądał bajkę, ja jeszcze w piżamie w kotki i z malowniczo <he he> rozczochranymi włosami. pani E. - z konkretną propozycją dorobienia pieniędzy...
dziękuję ci babciu Loniu... bardzo dziękuję... jesteś niezastąpionym aniołem... |
|
mieli coś do powiedzenia:
9
|
|
2008.02.12 23:19
Pan Kot
|
pozwólcie przedstawić sobie Pan Kot - we własnej osobie...
 |
|
mieli coś do powiedzenia:
3
|
|
2008.02.10 14:22
randka
|
dziki seks i spełnianie intymnych fantazji było w planie. wino w lodówce schłodziło się do odpowiedniej temperatury, płyta z nastrojowymi utworami stinga umieszczona została w odtwarzaczu. bielizna do zadań specjalnych leżała przygotowana.
umówiłam się na randkę ze ślubnym. wczoraj wieczorem. na romantyczną schadzkę w salonie, po tym jak już gady zasną. najpierw kolacja, potem czuły taniec, a potem... ...a potem wydarzyło się to, co wydarzyć się musiało, kiedy dwoje dzieciatych tetryków umawia się na małe tête à tête. najpierw elf dłuuuugo nie chciał zasnąć. tak jak zasypia w 15 minut - to wczoraj trwało to prawie godzinę. potem kolacja, winko i... niepokojące odłgosy z sypialni, gdzie spał szuwar. wieczorem skarżył się na ból brzucha - wymioty potwierdziły, że to nie była symulacja...
romantyczny nastrój i ochotę na cokolwiek szlag trafił. pijąc wino obejrzeliśmy k-pax w telewizji.
|
|
mieli coś do powiedzenia:
6
|
|
2008.01.30 18:34
to już 5 lat??
|
5 lat temu, o 16.48, w poznaniu - na świat przyszedł nasz pierworodny. po 64 godzinach kiepsko prowadzonego porodu. po milionach błędnych decyzji, braków pomysłów co zrobić z pacjentką z wielowodziem, która ma już skurcze i rozwarcie, ale dziecko nie jest przyparte w kanale rodnym. po przebiciu w końcu pęchęrza, co w efekcie w końcu rozkręciło poród. po naszpikowaniu mnie mega dawkami dolarganu, po którym zawisłam ślubnemu na ramieniu i nie pozwalałam mu zmieniać pozycji, bo tylko tak nie bolał mnie krzyż. po miłej konwersacji z lekarzem między skurczami partymi czy aby na pewno ślubny będzie mógł przeciąć pępowinę. po parciu pełnym radosnego oczekiwania - nie tyle na dziecko - co na koniec porodu...
...urodził się szuwar. 3780 gram, 54 cm. i tylko 3 punkty w skali apgar. patrzyłam na niego leżącego na prześcieradle między moimi nogami i nie mogłam uwierzyć, że to moje dziecko. i że ma tak wielką głowę :)) po szybkim przecięciu pępowiny, zrobieniu pierwszego zdjęcia - zaraz go zabrali na neonatologię. bo siny. bo za długo się rodził. bo taki biedny i wymordowany był. bo trzeba było podłączyć go do glukozy, bo ja w ciąży miałam cukrzycę.
nie wierzę, że to już 5 lat minęło od tamtych chwil. nie wierzę, że od 1827 nocy nie śpię, tylko nasłuchuję oddechu. że od 260 tygodni drżę o czyjeś życie bardziej niż o swoje. że od 60 miesięcy czyjść widok codziennie mnie rozczula.
wszystkiego dobrego synku - słodki okularniku. snów miękkich ci życzę, rodziców bardziej cierpliwych i marzeń spełnienia. rośnij na dobrego człowieka, tak po prostu dobrego.
|
|
mieli coś do powiedzenia:
9
|
|
2008.01.28 15:31
czasem chwila....
|
czasem chwila, jedno spojrzenie, gest... czasem po prostu niewypowiedzenie czegoś... lub niepoczekanie na coś... czasem milczenie... głupostka, drobiazg, sprawa tak błaha, że nawet nie zahaczamy o nią swym myśleniem... tak niewiele trzeba by wyciągnąć gdzieś z otchłani wyparcia i zapominania małą, zakompleksioną do bólu idkocie... i chyba fakt, że tak NIEWIELE trzeba, by kompleksy się nie pokazywały - boli najbardziej...
dlatego powtarzam sobie do bólu - jesteś warta o wiele więcej, jesteś warta o wiele więcej, jesteś warta o wiele więcej, jesteś.... |
|
mieli coś do powiedzenia:
4
|
|
2008.01.21 23:11
wpadnijcie na parę chwil
|
jeśli los was zawiedzie w me strony... dom opustoszał. goście wyjechali. a moja dusza krzyczy, że stworzona jest do prowadzenia domu otwartego. do gwaru rozmów, do grona ludzi otaczających stół... gdy mamy gości rozkwitam. rosnę wewnętrznie, radośnieję. niczym wampir energetyczny sycę się obecnością innych, ładuję akumulatory na później, na czas po gościnie. pisk dzieci bawiących się wspólnie, dobra herbata pita w wyśmienitym towarzystwie (oraz podła kawa pita z dala od dzieci), niekończące się nocne polaków rozmowy - to jest to co moja dusza lubi najbardziej... czemuś chwilo taka krótka? |
|
mieli coś do powiedzenia:
5
|
|
2008.01.15 23:45
długa, smutna historia - na szczęście z optymistycznym zakończeniem
|
historia hartu ducha niezwykle maleńkiego człowieczka.
grudzień 2005, tuż przed sylwestrem - jestem w 26 tygodniu ciąży, właśnie mam robione usg - lekarka przy okazji sprawdza przepływy w łożysku. coś jest nie tak - łożysko ma mnóstwo zwapnień, jakby to był III trymestr, a nie końcówka II. mam się zgłosić za 3 tygodnie, na wtedy też umawiam się ze swoim ginem w przychodni na wizytę. styczeń 2006, zaraz po nowym roku - zgłaszam się do przychodni po zwolnienie, lekarka nie reaguje w żaden sposób na moje podwyższone ciśnienie, zatrzymywanie wody, drętwienie kończyn. sama jest na podobnym etapie ciąży co ja... drugi tydzień stycznia - zatrzymuję wodę coraz mocniej - moja twarz przypomina księżyc w pełni, oczy mam podobne do chinki. drętwiejące ręce nie dają mi w nocy spać. sąsiad fizykoterapeuta podsuwa pomysły jak temu zaradzić, więc spać się kładę na przedziwnej konstrukcji z poduszek. gdy już zasypiam - strasznie chrapię, co wygania ślubnego do spania w salonie. rano przenoszę się tam z leżeniem - czuję się z dnia na dzień coraz gorzej. szuwarowi włączam tylko bajki do oglądania. czasem sąsiadka któraś zabiera go do siebie, żeby mi pomóc. 13 stycznia, piątek - spuchłam już tak bardzo, że nie jestem w stanie wsunąć nóg w kapcie. pukam do sąsiadki z prośbą o pożyczenie ciśnieniomierza. 180/110... sąsiadka mnie uspokaja, mam nie panikować - to ciśnieniomierz nadgarstkowy, one zawyżają... gdy ślubny wraca z pracy - idę na pogotowie, które mamy w pobliżu. pielęgniarka mierzy mi ciśnienie i bez słowa wychodzi. po chwili wchodzi lekarz i pyta tylko czy ma mnie kto zawieźć na polną do poznania czy ma szykować karetkę. dzwonię do ślubnego, ze spakowaną torbą jedziemy do poznania. izba przyjęć - ciśnienie 200/110. czule żegnam się z szuwarem, który zdążył już podbić serca pań na izbie i już windą transportowana jestem na porodówkę. standardowy wywiad, zakładanie wenflonu. a raczej próby zakładania - wody pod skórą mam już tyle, że wkłucie się w żyły to nie lada wyczyn. dostaję tabletkę pod język, w końcu położnym ściągniętym z oiom-u udaje się zrobić wkłucie, więc dożylnie też już dostaję lek na obniżenie ciśnienia. ląduję na dobrze mi znanej porodówce, podłączona do ktg, unieruchomiona, chyba trochę spanikowana. 2 nad ranem. mam dreszcze, boli mnie coraz mocniej głowa. wezwana położna mierzy mi ciśnienie. 210/120... zaczyna się bieganina koło mnie. lekarze ściągnięci z różnych oddziałów dyskutują nad moją głową - rozważają wiek ciąży... na przedramieniu rośnie mi gula. wkłucie wykonane parę godzin wcześniej nie było jednak wkłuciem w żyłę. teraz przy moich rękach zasiada z jednej strony położna z największym doświadczeniem w trudnych żyłach, a z drugiej strony anestezjolog. proszę ich tylko, żeby nie kłuli jednocześnie - po co mi dwa wenflony? tym razem dobrze założony wenflon faktycznie transportuje przez żyły lek do mojego organizmu. drgawki ustępują, ciśnienie spada. dostaję jeszcze lek na odwodnienie. dosypiam jakoś do rana... 14 stycznia, sobota. usg z przepływami, kolejne i kolejne. i z każdym usg przepływy w łożysku są coraz gorsze. dostaję sterydy „tak na wszelki wypadek”, żeby maluchowi szybciej dojrzały płucka do samodzielnego oddychania. po południu przyjeżdża ślubny - szuwara zostawił u nieocenionych sąsiadów. jeszcze wierzymy, że wszystko da się opanować, że to chwilowe zawirowanie, że wystarczy zbić ciśnienie i mieć je pod kontrolą i wszystko będzie dobrze. ustalamy, że ślubny poprosi swoją mamę o przyjazd do opieki nad szuwarem, bo pewnie będę musiała kilka dni zostać w szpitalu. 15 stycznia, niedziela. kolejne usg - przepływy znów są gorsze. położne zaczynają mieć problem z podłączeniem ktg - nie wiedzą, czy tętno 110, które wychwytuje aparat, jest tak wysokie moje czy tak niskie malucha... zjawia się lekarz, który dziś zarządza na porodówce - asystent profesora, zwolennik cięć (w przeciwieństwie do swego szefa, który uważa, że każdy dzień w łonie matki to dla dziecka nieoceniony dar). zapada decyzja o cięciu - zaplanowano je na godzinę 14. łatwiej będzie lekarzom kontrolować stan malca poza moją macicą, w której łożysko jest coraz bardziej niewydolne (w sumie to było najlepsze co mogli dla niego wtedy zrobić - dzięki temu elf uniknął wileu typowych dla wcześniaków problemów). dzwonię do ślubnego - jego mama właśnie jedzie pociągiem do nas, o 13.55 będzie na dworcu - ale zapomniała zabrać komórki z domu. trzeba więc było w pośpiechu się zorganizować. szuwar do sąsiadów. ślubny z sąsiadem na dwa auta na dworzec - ślubny przedstawił sąsiada mamie, ten zabrał mamę do domu (a potem wraz z żoną wsparł w trudnych chwilach oczekiwania), a ślubny pognał do szpitala. na szczęście inne cięcie miało wyższy priorytet i moje przesunęło się na 16. powiadomiłam swoich rodziców, brata. zadzwoniłam również do szwagierki, żeby poinformowała teścia. i trwaliśmy tak w oczekiwaniu ze ślubnym, pocieszając się nawzajem. ale czułam się zawieszona w pustce - nie do końca sobie zdawałam sprawę z tego co ma się wydarzyć - tak nieoczekiwane to było, że aż nierealne. a potem swój strach o maleństwo rozbiłam na strachy mniejsze. że dostanę niewłaściwą dawkę znieczulenia i że będę wszystko czuła (podpajęczynówkowe miałam). że dostanę zakażenia po znieczuleniu. ustalałam również ze ślubnym co ma zrobić później. i zabieg. i czucie cięcia. i najbardziej nieprzyjemne czucie jak wyciągają małego. i przelotna chwila w której go ujrzałam i przez głowę przebiegła mi tylko jedna myśl - boże! jaki on maleńki... a gdy go wynieśli znów skupiłam się na czymś innym, by zająć mózg myślami dalekimi od strachu o tę kruszynkę, którą właśnie mój organizm pozbawił opieki... wykłócałam się z lekarzami o tempo zszywania mnie - musieli mi tłumaczyć, że trochę do szycia jednak mają - macica, skóra, naskórek... a mnie tak potwornie bolały plecy od leżenia na wznak... gdy przewieźli mnie na salę poporodową - ślubny pokazał mi nagrany aparatem filmik z elfem. leżał taki biedny w inkubatorze, ale dzielnie samodzielnie oddychał. ślubny przekazał mi, że nasz syn ważył 910 gram i dostał aż 8 punktów w skali apgar. mały jak na 28 tydzień, ale jaki gotowy do walki o życie. poniedziałek, 16 stycznia. ledwo zwlekłam się z łóżka, bardzo obolała i osłabiona. ale nie mogłam się doczekać obchodu, bo po nim praktykantki mogły mnie zawieźć piętro wyżej, na neonatologię. kruszynka ledwo widoczna była w tym wielkim inkubatorze, podłączona do miliona rurek. taki był bezbronny, maleńki... wielokrotnie wracałam tam jeszcze tego samego dnia, aż wieczorem usłyszałam od położnej, że nie mieli jeszcze takiej pacjentki, której nie udałoby się podać w pierwszej dobie po cc wszystkich kroplówek... no cóż - zawsze ktoś musi być pierwszy... ustaliliśmy również ze ślubnym imię dla elfa. wieczorem poprosiłam położną o wpisanie imienia na kartkę na inkubatorze. wtorek - powoli ogrom wszystkiego co się stało i co nas czeka zaczął do mnie docierać. za każdym razem gdy stawałam przy inkubatorze - łzy leciały mi jak grochy. płakałam również w poduszkę na sali i w słuchawkę ślubnemu. poprosiłam również o ochrzczenie elfa z wody... i gdy było mi tak potwornie źle - dostałam smsa od kogoś bliskiego. „przytulam cię i myślę o was. nie odpisuj na tego smsa - chcę tylko, żebyś wiedziała, że jestem”. bardzo mi wtedy pomogła ta wiadomość.
a potem była walka - o laktację, karmienie, większą wagę elfa, możliwość brania go na ręce (moja największa wcześniakowa schiza - że elf dostanie choroby sierocej). i o mnóstwo innych, tak bardzo teraz nieistotnych. mikrus w szpitalu spędził dokładnie 12 tygodni - o tyle za wcześnie się urodził i tyle zajęło mu czasu dobicie do kolosalnej wagi 2 kg... 12 tygodni nerwów, rozstań, codziennego jeżdżenia do szpitala, pytań ile dziś przybrał? czy wszystko dobrze? pamiętam naszą radość, gdy po miesiącu prawie zaczął ważyć więcej niż 1000 gram, potem gdy zaczął pić z butelki i w końcu wyjęli mu sondę z żołądka, i gdy przenieśli go z inkubatora do łóżeczka... i pamiętam wsparcie jakie sobie dawałyśmy z innymi mamami wcześniaków... i nasz powrót do domu - pełen wzruszenia, oczekiwania i kolosalnego strachu czy sobie poradzimy z takim okruszkiem, czy nie przeoczymy czegoś groźnego bez tych wszystkich kabelków i aparatury... wszystko jeszcze pamiętam...
elf skończył dziś 2 lata. biega, skacze, wdrapuje się na stoły, blaty i parapety. słyszy, widzi. rozwija się świetnie - dziś zaskoczył panią w przychodni na bilansie dwulatka swoimi umiejętnościami. tylko jedno mu zostało wcześniacze - waga. ale co mi tam :) z dumą patrzę na mego dwulatka, który zdmuchiwał samodzielnie dziś świeczki na swym torcie urodzinowym. i uwielbia się przytulać - tak słodko, przymilnie...
rośnij synku na wielkiego człowieka. duchem wielkiego - reszta nie ma znaczenia!!
|
|
mieli coś do powiedzenia:
11
|
|
2008.01.13 21:56
niech gra - do końca świata
|
szuwar od 3 dni gorączkuje. elf już zaczyna mieć szkliste oczy. czyli ze spaceru niedzielnego nici. a mimo wszystko pod wieczór zrobiłam sobie mroźną przechadzkę. specjalnie do centrum handlowego. tylko i wyłącznie po to, żeby wrzucić pieniądze do puszki. żeby przynieść do domu serduszka...
dwa lata temu wrzucaliśmy pieniądze do puszek przy okazji zakupów w ikei. szuwar dumny wsuwał drobniaki - jeszcze bardziej dumny obnosił się z przyczepionym serduszkiem na kurtce. a tydzień później nasz elf leżał w inkubatorze z serduszkiem, pod cepapem (z serduszkiem), obok stał na wszelki wypadek respirator (z serduszkiem), a leki podawała mu pompa infuzyjna (z serduszkiem). rzecz jasna inkubator transportowy, którym przewieziono go z sali operacyjnej na neonatologie też był z serduszkiem.
i choć słyszę z różnych źródeł, że niezłe przekręty są robione przy okazji zbierania kasy, że młodzież kradnie pieniądze z puszek, że to, że tamto - to mam to głęboko w nosie. jeśli robią przekręty, a mimo to pomagają na taką skalę - to moje poparcie mają jeszcze większe :) na zakupywany sprzęt wydają więcej pieniędzy niż zbierają - czego chcieć więcej?
więc niech grają - do końca świata i o jeden dzień dłużej. nasze datki mają zapewnione. |
|
mieli coś do powiedzenia:
5
|
|
2008.01.11 13:07
adrian monk
|
detektyw z milionem fobii... mam własny, osobisty egzemplarz w domu. najmłodszy z moich mężczyzn jest hiper dokładny jest powtarzalny do bólu jest pedantem do potęgi jest... jest... jest jak monk :)
pojemnik z torami stoi wysoko na półce, przed nim stoi zabawka robot. gdy elf chce się bawić torami - odkładam robota na parapet, potem ściągam tory. ostatnia scenka - elf ciągnie mnie do regału, pokazując palcem i mówiąc, że coś chce. mówi oczywiście w elfim narzeczu wciąż, ale już na tyle poznałam ten język, że wiem, że NIE CHCE torów. podnoszę go do góry, żeby konkretnie pokazał co chce. pokazuje na robota. podaję mu go - nie, mam go odłozyć na parapet. odkładam. ooo! już jest dobrze. TERAZ moje dziecko może chcieć tory...
dzień jest pełen rytuałów. po obudzeniu mam podnieść rolety, a potem zawiniętego w kołderkę zanieść do dużego pokoju i włączyć bajkę. gdy wychodzimy na spacer - elf pilnuje kolejności zakładania ubrań, nawet przeze mnie. zabawki na oparciu złożonej sofki też muszą się znaleźć w określonej kolejności - dziś była tragedia, bo bliżej ściany postawiłam metrowej wielkości królika zamiast kurczaka... nie mogę nawet na jego oczach przełożyć zabawek z jednego pudła do drugiego, bo płacz i histeria murowane. sprząta po sobie wszystkie zabawki, odkładając je dokładnie na te same miejsca, z których je wziął...
patrzę na tę skoncentrowaną dawkę pedantyzmu i nie wiem czy się cieszyć czy już zacząć martwić... |
|
mieli coś do powiedzenia:
4
|
|
| ...takie tam zapiski pełnoetatowego kota domowego... bo kurą się absolutnie nie czuję.... |
|
|
|
sklep z cudeńkami i moją biżu :)
zapraszam
a tu
mój blog foto
zapraszam na
PSTRYKoty
| << | Styczeń 2012 | |
| Pon | Wt | Śr | Czw | Pią | Sob | Nie |
| | | | | | 1 |
| 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 |
| 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 |
| 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 |
| 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 |
| 30 | 31 | | | | | |
| poczytalność |
kocie zapiski przeczytało osób:
18778
|
chciało coś szepnąć od siebie osób:
1384
|
|
zostawiło swój ślad osób:
15
|
|
lubię czasem zajrzeć co słychać u...
|
| maczki |
| nifki |
| kota |
| agi - mamy |
| zasłuchanej |
księga gości
prywatnie możesz do mnie napisać klikając tu
|